Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
ROZUMIEM

ABC pracy psychologa

O tym jak wygląda praca psychologa od kuchni, jak może wyglądać przykładowa ścieżka kariery, a nawet o tym jakie przedmioty w szkole są szczególnie ważne dla wszystkich, którzy chcieliby wybrać tę ścieżkę kariery rozmawialiśmy z Olgą Daligą, autorką książki „Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” i instagramowego profilu psycho.inspiracje.

Jak wygląda Pani praca „od kuchni”? Jak wygląda codzienna praca psychologa? 

Na co dzień zajmuję się przygotowywaniem tekstów psychoedukacyjnych, więc przed opracowaniem jakiegoś zagadnienia, zaglądam do źródeł naukowych. Jeśli chodzi o konsultacje psychologiczne, przed każdą rozmową czytam notatki z poprzedniego spotkania. Dodatkowo staram się na bieżąco poszerzać swoją wiedzę, uczestnicząc w szkoleniach czy wykładach lub czytając książki. Praca ta na pewno nie jest schematyczna, ale wymaga szybkiego podejmowania decyzji czy odnajdywania się w nowych warunkach. Zazwyczaj każdy dzień wygląda nieco inaczej.

Dlaczego wybrała Pani psychologię?

Odkąd pamiętam interesowała mnie praca z ludźmi, dodatkowo od kilku osób słyszałam, że jestem dobrym słuchaczem. Przeglądając ofertę studiów, zauważyłam, że jest tam wiele przedmiotów z różnych dziedzin, co sprawiło, że kierunek ten był niezwykle interesujący.

Czy wybrałaby Pani ten kierunek jeszcze raz?

Tak, zdecydowanie tak. Studia są wymagające, ale także bardzo ciekawe i rozwijające. Pozwalają patrzeć na nowe sytuacje czy zjawiska z różnych stron. Na studiach większość zajęć skupia się na praktyce, co pozwala przećwiczyć i udoskonalić zdobyte umiejętności.

Jakie powinno się mieć cechy, żeby zostać psychologiem?

Uważność, delikatność, ale też umiejętność stawiania granic i asertywność, dociekliwość, ciekawość, skrupulatność, otwartość, elastyczność, kreatywność, chęć do tego, by stale poszerzać swoją wiedzę i uczestniczyć, np. w szkoleniach, kursach czy konferencjach.

Czy są jakieś kroki, które można podjąć już w szkole średniej myśląc o pracy psychologa?

Myślę, że dobrym pomysłem jest zaangażowanie się w wolontariat albo koło zainteresowań. Warto także być uważnym na lekcjach biologii, ponieważ na studiach są zajęcia, które dotyczą, m.in. funkcjonowania mózgu, więc podstawy biologii są bardzo pomocne. Co więcej, to ważne, by mieć solidne podstawy z matematyki, ponieważ na tym kierunku jest dość dużo ćwiczeń i wykładów ze statystyki oraz logiki.

Jak wyglądała Pani ścieżka kariery?

W czasie studiów zaangażowałam się w wolontariat oraz staże, m.in. w Ośrodku Wczesnej Interwencji czy przedszkolu terapeutycznym. Następnie zajmowałam się prowadzeniem konsultacji oraz wsparcia psychologicznego, współpracując z firmą edukacyjną oraz fundacją. Obecnie tworzę treści psychoedukacyjne oraz prowadzę konsultacje psychologiczne. Natomiast miesiąc temu miała miejsce premiera mojej książki ,,Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje’’.

Praca psychologa kojarzy się głównie z bezpośrednią pracą z pacjentem, czy są jakieś inne możliwości?

Tak, można pracować w biznesie, sporcie, mediach, zajmować się analizą danych albo pracą naukową, np. na uczelni. Praca w gabinecie to tylko jedna z możliwości. Psychologia jest bardzo obszerna i dla każdego znajdzie się w niej miejsce.

Na koniec pytanie, które zadaję wszystkim gościom – czy jest jakaś książka, która szczególnie Panią zainspirowała albo po prostu jest dla Pani ważna? 

,,Pestki’’ Anny Ciarkowskiej. Przeczytałam ją już kilka razy. Ciepło zapraszam także do zapoznania się z moją książką. Choć o emocjach mówi się dużo i często, większość osób ma trudności w ich rozpoznawaniu i regulowaniu. Czują się przytłoczeni i zalewani uczuciami albo przeciwnie, deklarują, że nie czują nic. Jest to poradnik, który pomaga w przyglądaniu się i utulaniu swoich emocji. Uczy także sposobów na to, by je zrozumieć i umieć regulować. W książce znalazło się sporo praktycznych zadań i ćwiczeń, które pozwalają zapoznać się z materiałem poprzez doświadczanie. Przytaczam również historie pacjentów oraz przykłady z własnego życia, co pozwala zobrazować przedstawiany problem.

Jeżeli przeczytałeś cały artykuł, powiedz nam co o nim myślisz wypełniając ankietę!

Studia w Wielkiej Brytanii

O tym jak naprawdę wyglądają studia w Wielkiej Brytanii i jak wygląda codzienne życie Londyńczyka miałam okazję porozmawiać z Maksymilianem Muchą, studentem University College London.

Zacznijmy może od tego co dokładnie i gdzie studiujesz?

Studiuję ekonomię na UCL-u, czyli University College London. Skończyłem 2 rok licencjatu, odbywałem też praktyki w BNP Paribas w dziale Global Markets w Londynie. Udało mi się uzyskać ofertę powrotną pracy już na pełen etat.

Na UCL-u angażuje się też w wiele Society, czyli w działanie organizacji studenckich. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to w liceum brałem udział w olimpiadach, zdobyłem pierwsze miejsce na Olimpiadzie Ekonomicznej, a następnie srebrny medal na Międzynarodowej Olimpiadzie Ekonomiacznej.

Dlaczego zdecydowałeś się na studia w Wielkiej Brytanii?

W momencie, w którym w drugiej klasie wygrałem Olimpiadę Ekonomiczną, zapewniło mi to indeks w SGH w Warszawie. Zdecydowałem się, że chcę aplikować na uczelnie, które są najwyżej w światowych rankingach. Mając właściwie cały rok na przygotowanie aplikacji, byłem w bardzo komfortowej sytuacji i udało mi się tego dokonać.

Jakość edukacji stoi tu na zdecydowanie wyższym poziomie niż w Polsce. Także system pozwala na rozwój poza studiami poprzez aktywności poza uczelnią.

Nawiązując do wywołanego przez Ciebie systemu, jakie widzisz różnice w studiowaniu w Polsce i w Wielkiej Brytanii?

Myślę, że różnice są dość duże. Zacznę od samej organizacji roku akademickiego. Mam wrażenie, że mamy więcej przerw od nauki. W środku każdego semestru mamy tydzień przerwy na tzw. Reading Week, czyli tydzień podczas którego można nadrobić materiał, jeśli ktoś jest do tyłu lub jeśli nie mamy żadnych zaległości po prostu odpocząć. Mamy parę tygodni przerwy świątecznej, znowu 10 tygodni nauki z Reading Weekiem w środku. Później jest miesięczna przerwa na Wielkanoc, a po niej zaczyna się sesja egzaminacyjna.

Jeśli chodzi o dzień nauki, mamy zdecydowanie mniej zajęć na uczelni. To są góra 3 zajęcia, czy to wykłady, czy ćwiczenia, na których musimy się pokazać więc naprawdę nie jest tego dużo. Czasami są dni, w które nie mam żadnych zajęć. Z drugiej strony muszę przez to dużo pracować samodzielnie, dużo jest czytania, wysyłania prac domowych, w każdym semestrze są też projekty.

Dynamika pracy jest więc zupełnie inna. Jest duży nacisk na pracę indywidualną, mniejszy na samą obecność. Jeśli ominę 1, 2 wykłady to raczej nikt nie robi z tego dużego problemu, ważne, żebym był na bieżąco z materiałem i go rozumiał.

Nie mamy też zaliczeń, wejściówek czy kolokwiów. Jeśli praca jest oceniana jest wliczana do oceny końcowej. Nie ma jednak czegoś takiego, że mogę być dopuszczony lub nie do egzaminu, pod warunkiem, że aktywnie uczestniczę w zajęciach.

W Polsce też na wielu kierunkach jest tak, że trafiamy do grupy dziekańskiej i z nią mamy wszystkie zajęcia. Tu z kolei każdy przedmiot mamy z innymi osobami, co towarzysko jest minusem, bo trudniej nawiązać jest znajomości. Z drugiej strony z kolei, jeśli na przykład nie pasuje nam coś godzinowo, wystarczy wysłać jeden e-mail i będziemy bez problemu przeniesieni do innej grupy. Pozwala to zdecydowanie większą elastyczność.

Warto też wspomnieć, że to, że grupy są bardzo zmienne, gdyż wiele przedmiotów można wybrać. Na pierwszym i drugim roku wybierałem około 1/3 przedmiotów. Na 3 roku mogłem wybrać już właściwie wszystko z dozwolonego zakresu modułów. Ekonomia jest jednak dość ogólną dziedziną, więc możliwość wybrania jakiegoś jej pola jest dużym atutem.

Jakie widzisz zalety studiowania w Wielkiej Brytanii?

Podejście wykładowców i ćwiczeniowców jest bardzo prostudenckie, w dużej mierze skupia się na naszych potrzebach jako studentów. Możliwość wybierania sobie grup i przedmiotów pokazuje, że faktycznie dużą wagę przywiązuję się do dostosowania studiów do indywidualnych potrzeb.

Dużą zaletą jest też prestiż tych studiów. Wiem, że to może kontrowersyjnie i powierzchownie brzmi, ale naprawdę tak jest i umożliwia to zdobycie dużo lepszych ofert pracy. Można pracować w największych firmach w Londynie, co jest olbrzymią zaletą, zwłaszcza, że niektóre sektory, jak na przykład interesujący mnie Global Markets w Polsce jest gorzej rozwinięty. Aplikowanie do pracy w Londynie w finansach po polskim uniwersytecie jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, bo polskie uczelnie są tu po prostu słabo rozpoznawalne, a konkurencja jest ogromna. Studia tutaj otwierają wiele drzwi.

W kontekście samego studiowania, uważam też, że duży nacisk jest kładzony na jakość naszej pracy. Prace niemal zawsze mają limit znaków, przez co uczymy się pisać konkretnie i na temat, co uważam jest bardzo przydatne w życiu. Na egzaminach nie oceniane jest tylko to czy potrafimy odtworzyć materiał z podręcznika, ale też krytyczne myślenie, umiejętność argumentacji oraz zdolność to spojrzenia na problem z odmiennej perspektywy. W ten sposób nabywamy umiejętności, które można zaaplikować w niemal wszystkich dziedzinach życia.

Dzięki swojej elastyczności studia pozwalają na angażowanie się w wiele działań poza nauką, można angażować się w koła studenckie, inne aktywności. Mamy czas na rozwijanie swoich zainteresowań.

A jakie widzisz wady?

Myślę, że największą wadą, która wynika ze specyfiki uczelni, jest bardzo duża liczba studentów. Na moim kierunku jest ponad 700 osób. Myślę, że nie powinno to być tak dużo. Po pierwsze jest to organizacyjnie trudne. Po drugie widać, że prowadzący są po prostu przeciążeni. Myślę, że to może się różnić na innych uczelniach i wynika z faktu, że mój rocznik jest tzw. „pandemicznym”, co spowodowało na przyjęcie większej ilości studentów niż zazwyczaj.

A jak się żyje w Londynie i w Wielkiej Brytanii w ogóle jako osobie z zewnątrz?

Londyn jest na tyle wielokulturowym miastem, że trudno się wyróżniać jako obcokrajowiec, gdyż jesteśmy dużą częścią tego miasta. Na początku trudne jest odnalezienie się, bo Londyn jest ogromnym miastem i może być przytłaczający, jednak daje też niezliczoną ilość możliwości.

Zdecydowałbyś się na wyjazd do UK jeszcze raz?

Myślę, że tak.

Odnośnie jeszcze samego życia w Wielkiej Brytanii i w Polsce, jakie dostrzegasz różnice?

Londyn jest miastem bardzo nastawionym na konkurencję. O każde miejsce, czy to chodzi o pracę, czy o mieszkanie, trzeba konkurować. Obecnie o jedno mieszkanie w Londynie aplikuje średnio 35 osób, co jest szaloną liczbą. Sam standard mieszkań w jest też o wiele niższy niż w Polsce. Ta ciągła rywalizacja jest po prostu męcząca, nie można się odciąć nawet na chwilę, bo świat ucieka przed tobą. Koszty życia są też niewyobrażalnie wysokie.

Z drugiej strony w Londynie jest wszystko, jeśli chodzi o stronę kulturalną, jest mnóstwo teatrów, oper, filharmonii. Jedzenie dzięki mnogości kultur z całego świata jest tutaj świetne wbrew stereotypom o anglielskiej kuchnii. To co też doceniam jest duża ilość zielenii miejskiej która pozwala odetchnąć podczas spaceru lub biegania w wolnych chwilach.

Jeśli interesuje Cię temat studiów za granicą, mogą zaciekawić Cię inne artykuły z tej serii, opowiadające o studiach w Korei, Holandii i Niemczech.

Jeżeli przeczytałeś cały artykuł, powiedz nam co o nim myślisz wypełniając ankietę!

Studia w Holandii

Jeśli jesteś zainteresowany studiami za granicą w ogóle mogą Cię zainteresować również wywiad o studiach w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Korei.

Na początku chciałabym się zapytać co dokładnie i gdzie studiujesz?

Studiuję Liberal Arts and Sciences na Erasmus University College, który przynależy do Erasmus University Rotterdam. W ramach tego kierunku mam możliwość wyboru tzw. major, czyli specjalizacji. W moim przypadku jest to prawo międzynarodowe.

Dlaczego zdecydowałaś się na studia w Holandii?

Pierwsza przyczyna jest dość banalna, bo jest nią Brexit, który troszeczkę uniemożliwił mi studia w dość popularnym miejscu jakim była i nadal jest Anglia. Drugą przyczyną było to, że po prostu chciałam wyjechać z Polski na studia. Uczyłam się wcześniej w programie matury międzynarodowej i chciałam dalej kontynuować naukę zarówno w języku angielskim, jak i w obcym kraju, trochę dla doświadczenia, a trochę też dla kontaktu z międzynarodowym środowiskiem akademickim. Taki kontakt jest dla mnie czymś fascynującym i kształcenie się pod okiem najlepszych osób w swoim fachu było dla mnie jednym z decydujących czynników.

Jakie widzisz różnice między systemem studiowania w Holandii i w Polsce?

Ostrzegam na początku, że moja perspektywa będzie zauważalnie różna od perspektywy osób studiujących na klasycznych uniwersytetach i w klasycznym systemie szkolenia, bo Liberal Arts and Sciences są bardzo odmienną rzeczą od po prostu studiów zagranicznych, czy studiów w Holandii. Nasza nauka musi być dużo bardziej systematyczna, przedmioty mamy ze wszystkich dziedzin naukowych, są to zarówno nauki ścisłe, humanistyczne, społeczne, czy też ekonomiczno-biznesowe. To jest pierwsza różnica. Pomimo tego, że studiuję prawo, studiuję też, tak na dobrą sprawę, mnóstwo innych rzeczy. Kształcę się bardzo ogólnie z możliwością robienia bardzo wąskiej ścieżki specjalizacji.

Kolejną różnicą jest to, że mamy bardzo indywidualny tok nauczania, bardzo dużą wolność i bardzo mały uniwersytet. W związku z tym jest to zupełnie inny system funkcjonowania w społeczności akademickiej. Każdy ma głos, każdego zna ekipa koordynująca kierunek. Na collegach, które oferują program Arts and Sciences jest dużo większa dowolność i prawo wyboru, które pozwalają na jak najlepsze ukierunkowanie siebie. Jesteśmy też pod opieką bardzo wyczulonych na tę indywidualność tutorów.

Kolejna rzecz to to, że cały system holenderski jest bardzo nastawiony na praktykę. Zawsze, czy to w collegach, czy na uniwersytetach, jest bardzo dużo applied knowledge, dużo study case-ów. Na collegach jest też duży nacisk na akademickość, czyli pisanie prac akademickich nie zależnie od poziomu. Jesteśmy uczeni i trenowani po to, żeby takie prace akademickie naprawdę pisać i projektować różnego rodzaju research adekwatnie do swoich dziedzin, ale też tak, żeby mieć wgląd na to jak to wygląda w innych dziedzinach. To jest bardzo duża różnica. Nauka nie polega na tym, żeby zapamiętywać dużo różnych szczegółów, czy tak jak w moim przypadku – uczyć się kodeksów na pamięć, tylko mieć później taką wiedzę z prawa międzynarodowego, żeby umieć ją zaaplikować i do rzeczy akademickich, i do praktyki zawodowej.

Jakie widzisz zalety studiowania w Holandii i w tym kontekście ściśle akademickim, i w kontekście życia i mieszkania w tym kraju?

Zacznę może od kontekstu akademickiego, żeby płynnie kontynuować dalej. Myślę, że na pewno jedną z zalet jest nacisk na indywidualność, na to, żeby pozwolić studentom uczyć się w bardzo zróżnicowany sposób i odkrywać te dziedziny, które są im bliskie. Generalnie w Holandii przez nastawienie na praktykę, jesteśmy dużo lepiej przygotowani do wyjścia w świat, wyjścia na rynek pracy. Jesteśmy też gotowi do pracy przez to, że wyjeżdżamy na własną rękę i tak naprawdę musimy nauczyć się przebywać w obcym kraju. To też na pewno jest bardzo kształtujące doświadczenie, które daje dużo samodzielności. Już sam uniwersytet bardzo, bardzo usamodzielnia, ponieważ nikt nas nie trzyma za rączkę, nikt nie mówi to musicie zrobić w taki sposób. Jak dostajemy opisy zadań to są one raczej tak zaprojektowane, że by wspomagać naszą kreatywność. Nikt nie przeprowadza nas przez proces od początku do końca, tylko jesteśmy trochę zdani sami na siebie, co wykształca dużo większą samodzielność akademicką i krytyczne myślenie. To jest największa zaleta studiów w Holandii.

Co do samego kraju, zaletą mieszkania w Holandii jest poznanie troszeczkę bardziej otwartego społeczeństwa, nie tylko otwartego w sposób polityczny, bo o tym nie ma co się rozgadywać, jest to rzecz dość oczywista. Powiedziałabym, że ludzie sami w sobie są otwarci, pomocni. Funkcjonuje się w kraju, który generalnie napawa optymizmem. Wszyscy mają raczej pogodne nastawienie, chętnie się socjalizują, wypadanie na drinka, czy na kolację po zajęciach jest bardzo normalne. Każdy szuka balansu. Pomimo tego, że ludzie relatywnie dużo tu pracują, mogą liczyć na dobre wynagrodzenie, studenci też mogą liczyć na względnie dobre wynagrodzenie, na fajne oferty pracy i staży, a przy tym mają czas dla siebie. Jeżdżą też wszędzie na rowerach, co jest oczywistością, jeśli ktoś coś czytał o Holandii, ale to wspomaga też pewien zdrowotny obraz człowieka tam. To jest kraj, w którym można się uczyć balansu między życiem bardziej rozrywkowym a pracą czy zdrowiem.

A jakie widzisz wady?

Kryzys mieszkaniowy. Ogromne problemy ze znalezieniem mieszkania, szczególnie, że do Holandii napływa coraz więcej studentów. Strasznie ciężko jest znaleźć sobie lokum, które byłoby w dobrym przedziale cenowym i jeszcze z zaufanego źródła, najlepiej agencji, która nie oszukiwałaby na każdym kroku. Wiadomo, że we wszystkich większych miastach, nawet w Polsce, są takie problemy, natomiast tam to jest szczyt i apogeum.

Minusem też są na pewno koszty. Koszty utrzymania to nie są rzeczy, które są jakoś bardzo dofinansowywane, tylko jeśli na przykład pracuje się w Holandii określoną liczbę godzin.

Z pozoru Holandia może się wydawać krajem bardzo opiekuńczym i przyjaznym dla osób z zagranicy, jednak trzeba spełniać pewne kryteria, które często dla studentów mogą być nieosiągalne, szczególnie przy wymaganiach na uczelni. Bardzo mało jest wsparcia i stypendiów, które nie byłyby tylko dla Holendrów. Pewna taka faworyzacja Holendrów przez rząd, co jest oczywiście zrozumiałe, to jest w końcu ich państwo, ale z drugiej strony będąc otwartym krajem i szczycąc się przyjmowaniem studentów z zagranicy, mogliby wspierać tak samo studentów z zagranicy, którzy też przez jakiś czas przecież pracują na ich konto.

Transport publiczny jest też bardzo drogi i nie jest za bardzo wspierany dla studentów za granicznych, tak jak dla Holendrów. To jest też aktualnie w trakcie zmian, rząd holenderski nad tym pracuje, został też pozwany przez studentów zagranicznych.

Kontynuując wątek bycia studentem z zagranicy, jak Ci się studiuję jako imigrantce? Doświadczyłaś jakiś napięć na tym tle? Może jakiś szoków kulturowych?

Myślę, że kilka szoków kulturowych na pewno, ale głównie wynikających z tego, że obracam się w bardzo wielokulturowym środowisku i to jest moja wola. Było kilka sytuacji, w których coś mnie zdziwiło, ale to nigdy nie było coś bardzo poważnego. Na pewno zupełnie inna jest hierarchia, może warto tu zaznaczyć, że to jest tylko case mojego uniwersytetu. Mamy tu „EUC (Erasmus University College) bauble” jesteśmy bardzo diverse community, więc to funkcjonowanie jest zupełnie inne niż w samym Erasmus University, na którym dominują Holendrzy. Ja w swoim środowisku, w którym praktycznie każdy jest z innego kraju, czy innej kultury czuję się dobrze i nie mam problemów z tym, że jestem obca, z obcego państwa, ale to też dzięki dużemu naciskowi, który jest kładziony przez sam uniwersytet na to, żeby na uczelni tę różnorodność kultywować.

Kwestia języka jest rzeczą, która może przeszkadzać i mi często też przeszkadza, ale to też ze swojej niechęci, lenistwa, czy czegokolwiek, co sprawia, że się go aktywnie w żaden sposób nie uczę. Jest możliwość oczywiście, żeby praktycznie z każdym i wszędzie dogadać się po angielsku, ale w kwestiach formalnych jest często bariera, żeby niektóre rzeczy załatwić po angielsku płynnie i z taką samą zręcznością, co po holendersku. Innych barier, poza tym ściśle lingwistycznym aspektem, nie odczuwam aż tak.

Zdecydowałabyś się na wyjazd do Holandii jeszcze raz?

Tak. Na pewno. Nie koniecznie tylko dlatego, że jest to doświadczenie, które tak bardzo kształtuje i sprawia, że musimy stać się samodzielni bardzo, bardzo szybko i to we wszystkich kwestiach, bo tu dochodzą takie czynniki jak ogarnięcie rozumem całego nowego kraju, wszystkich zwyczajów, kwestii administracyjnych, ale też odnalezienia się w tak międzynarodowym środowisku i odnalezienia siebie w nim. To jest taka rzecz, która wzmaga i wspomaga samorozwój, który szczególnie szybko właśnie zachodzi w Holandii, która jest środowiskiem wystawiającym dość intensywnie na różne koncepcje, czy zachowania, mniejszości… Musimy wykształcić własne opinie.

Holenderski system kształcenia też personalnie mi odpowiada, ale to jest kwestia bardzo indywidualna, wszystko należy dostosować pod siebie. Zdecydowałabym się na te studia drugi raz, bo bardzo rozwinięty jest system pomocy. Jeśli z czymś sobie nie radzimy, czy jeżeli czujemy się gorzej, to albo po prostu ludzie, którzy są mili i otwarci są w stanie zagwarantować pomoc i takie uczucie bardziej jak u siebie, albo profesjonaliście na Uniwersytecie czy w różnych instytucjach są bardzo kompetentni i wyszkolenie w ułatwianiu wejścia w dorosłe i uniwersyteckie życie.

Planujesz zostać w Holandii po studiach?

Na ten moment nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć, myślę, że zobaczymy, jak się rozwinie sytuacja na świecie, czy będę mogła się przeprowadzić, żeby studiować jeszcze w innym kraju, zanim zdecyduję, gdzie ostatecznie wyląduję. Jestem otwarta na to i nie mam określonego planu, ale nie wiem, czy zostałabym w Holandii, żeby się tam osiedlić i budować tam przyszłe życie. Na pewno jest to super miejsce na prowadzenie młodego, rozrywkowego życia.

Chciałabyś jeszcze coś dopowiedzieć?

Przede wszystkim, że jest to bardzo okrojona opinia i wypowiedź, bo nie sądzę, że jest miejsce na to, żeby wszystkie szczegóły zawrzeć. Warto też może wspomnieć, że pomimo tego, że jest dużo strachu, ale też inicjatyw, które są super, bo pozwalają się zapoznać z tym jak się studiuje, jaki jest dany kraj, to dla każdego ten experience będzie zupełnie, zupełnie inny i warto to podkreślać. Różne rejony Holandii się od siebie różnią, mieszkanie w Rotterdamie, który jest dużym miastem, różni się od mieszkania na przykład w Mastrichcie czy Utrechcie, gdzie atmosfera jest dość kameralna. Warto więc poczytać o mieście, skontaktować się z kimś kto już tam jest i nie jechać w ciemno. Na pewno też otworzyć głowę przed przyjazdem do Holandii.

Jeśli przecztałeś cały artykuł zachęcamy do ocenienia go. Twoje zdanie pomaga nam się rozwijać.

Studia w Niemczech

Jeśli interesują Cię studia za granicą warto przeczytać również rozmowy o studiach w Korei, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Na początku chciałabym się zapytać co dokładnie i gdzie dokładnie studiujesz?

Dwa tygodnie temu skończyłem studia na Technicznym Uniwersytecie Monachijskim. Studiowałem Kierunek Management and Technology, czyli Zarządzanie i Technologia, gdzie specjalizacją z części technologicznej była informatyka.

Dlaczego zdecydowałeś się na studia w Monachium?

Przede wszystkim szukałem jakiegoś wyzwania, a studia w Niemczech wydawały mi się czymś niedostępnym. Było to też spowodowane moją niechęcią do Angielskiej pogody i tym że Niemcy są stosunkowo blisko, studia są za darmo więc właściwie czemu nie?

Drugim powodem był kierunek, który mi bardzo podpasował, bo łączył część techniczną z zarządzaniem. Nie czysty biznes, bo to czasami średnio wychodzi dla ludzi, którzy kończą takie studia. Background inżynieryjny na pewno bardzo ułatwia znalezienie lepszej pozycji i pozwala po prostu rozumieć świat na wyższym poziomie.

Jakie widzisz różnice między polskim a niemieckim systemem nauczania, szczególnie w kontekście studiowania?

Sam nie studiowałem w Polsce, ale mam znajomych, którzy mi trochę naopowiadali więc mogę spróbować porównać te dwa kraje. Przede wszystkim wydaje mi się, że podejście na moim uniwersytecie jest bardzo uczciwe w stosunku do każdego. Wszystkie egzaminy są standaryzowane, anonimowe, nie ma czegoś takiego, że profesor cię nie lubi. Wykłady były też zawsze nagrywane, nawet przed pandemią, więc nie trzeba było chodzić na żadne zajęcia. Jedyna rzecz, na którą faktycznie trzeba iść to egzaminy i niektórzy rzeczywiście przyjeżdżają do Monachium tylko żeby napisać egzaminy. To jest pierwsza akademicka różnica.

Drugą jest ogromny budżet jakim dysponuje mój uniwersytet. Cała infrastruktura jest bardzo dofinansowana. Rocznie uniwersytet dysponuje kwotą miliarda sześciuset tysięcy euro. Te pieniądze idą głównie na research, więc to nie jest oczywiście tak, że wszystko idzie na studentów.

Kolejną różnicą jest właśnie to, że główną działalnością uczelni jest research, a nie nauczanie jak w przypadku Polski. Tu wszystko jest praktyczne, profesorowie prowadzą badania i są faktycznie bardzo na bieżąco, rozwijają różne technologie więc wiedzą z czym, co się je.

Inną różnicą, tym razem na korzyść Polski, jest to, że w Monachium poczucie atmosfery studenckiej jest bardzo małe. Studia są bardziej traktowane jako praca. Jeśli chodzi o wykłady, każdy zapisuje się na nie samodzielnie, przedmioty można zaliczać w dowolnej kolejności. Nie jest tak, że jest jakaś struktura programu i masz te same przedmioty cały czas ze swoją grupą, więc trzeba sobie znaleźć grupę swoich znajomych i jakoś się starać z nimi utrzymywać kontakt.

Kontynuując ten wątek różnic, jakie widzisz zalety studiowania w Niemczech i w kontekście akademickim, i w kontekście po prostu mieszkania i życia?

Na pewno jest bardzo wysoki poziom nauczania, jeśli chodzi o mój kierunek, bo tylko o nim mogę mówić. Przedmioty rzeczywiście mają sens. Bardzo wiele z tych przedmiotów, które miałem, miały nawet nawę, która brzmiała podobnie do tytułu książki, którą chciałbym przeczytać. Faktycznie trafiały w moje zainteresowania i teoria której się uczyliśmy była rzeczywiście użyteczna.

Przez to, że 65% moich studiów to zarządzanie, a 35% to inżynieria, to z inżynierii można wybrać różne specjalizacje. Dostępne są: budowa maszyn, chemia, medycyna, odnawialne źródła energii, jest informatyka i mój kierunek, czyli inżynieria komputerowa. Każdy może sobie wybrać to, co go najbardziej interesuje i zdobyć naprawdę fachową wiedzę nie tylko o biznesie. Świat jest pełny ludzi, którzy skończyli biznes i chcą robić biznes, a nie mają pojęcia o technologii. Jeśli chodzi o mnie, to studia ułatwiły mi dość mocno założenie firmy, którą prowadzę od 3 lat z dwoma moimi najlepszymi przyjaciółmi.

Teraz też skończyłem studia w Monachium i właściwie na dniach rozpoczynam studia w Cambridge. Reputacja TUMu jest też dużą zaletą. To jest najlepsza uczelnia w Niemczech, 49 na świecie i cały czas pnie się w górę. To też jest duża zaleta tej uczelni, bo administracja z roku na rok pyta studentów co ulepszyć na każdym kroku. Przez co, co roku kierunek jest inny, zmieniają się profesorowie, systemy, ulepszane są struktury i dzięki temu moim zdaniem ta uczelnia będzie szła tylko w górę jeśli chodzi o jakość nauczania. Bardzo duża waga przywiązywana jest do rozwoju i zmian, co nie jest oczywiste na innych bardzo dobrych uczelniach.

Jest też bardzo dużo możliwości wymian. Ja byłem w Singapurze na pół roku, robiłem tam staż w startupie i studiowałem na NUS. National University of Singapore jest najlepsze w całej Azji. TUMu ma relacje z najlepszymi uczelniami, z fajnymi programami.

Dużo pieniędzy idzie też w programy, które pomagają zakładać firmy. Obok uczelni jest coś, co się nazywa UnternehmerTUM. To jest fundacja finansowana przez najbogatszą rodzinę w Niemczech, która przeznacza bardzo dużo pieniędzy na programy stypendialne, stażowe i tak dalej. Brzmi super, bo jest super.

A jakie są wady?

Największą wadę już wspomniałem, społeczność studencka nie jest taka jaką bym sobie wymarzył, aczkolwiek niektórzy to też lubią, zależy od osobowości. Na pewno dla ekstrawertyków, dla osób, które chcą dużo robić są kluby studenckie, ja na przykład jestem w klubie przedsiębiorczości i one powinny teoretycznie tworzyć społeczność, ale to tak do końca nie działa. Trzeba się tam naprawdę dobrze zakręcić, znaleźć sobie też fajnych znajomych i tak dalej.

Drugą wadą jest to, że jest drożej, jeśli chodzi o koszt życia. Trudno mi jest powiedzieć ile dokładnie kosztuje utrzymanie, ale jest to dużo. Nie dostaje się też od razu akademika tylko trzeba na niego długo czekać. Ja czekałem 4 semestry, ale akademik jest świetny, bo mieszkam w wiosce olimpijskiej w Monachium. Ludzie normalnie nawet zwiedzają to miejsce, faktycznie jest niesamowite.

Jak ci się tam studiuje jako imigrantowi? Doświadczyłeś może jakiś szoków kulturowych?

Niemcy są dość zachowawczy. Nie jest to nic złego oczywiście, po prostu tak jest. Przez to też, że już od dłuższego czasu byli otwarci na ludzi z całego świata są niewzruszeni na większość rzeczy. Szokiem kulturowym było to, że całe Niemcy są bardzo nastawione na gotówkę i trudno jest płacić kartą, często nie ma płatności kartą na przykład w restauracjach i trzeba chodzić i wypłacać pieniądze. W Monachium, które jest dość charakterystyczną częścią Niemiec, zawsze bez problemu pozwalają iść i wypłacić, czasem nawet jak nie miałem gotówki ktoś mi dał coś za darmo, a w Berlinie jak chciałem pójść wypłacić do bankomatu, musiałem zostawić w zastaw telefon. Bardzo mnie to zdziwiło, bo byłem przyzwyczajony do tego, że w Monachium ludzie są raczej wyluzowani, jeśli chodzi o takie mniejsze kwoty.

Zdecydowałbyś się na wyjazd do Niemiec jeszcze raz?

Myślę, że tak. Na pewno bardzo mi się podobały aspekty akademickie, bardzo się rozwinąłem pod kątem mojego kierunku, czyli biznesu i tej strony inżynieryjnej. Nie jestem programistą natomiast mam pogląd na to jak to wygląda. Mogę swobodnie rozmawiać z programistami, co dla mnie jako osoby, która chce prowadzić i zakładać firmy, jest bardzo cenne.

Zdradziłeś, że dostałeś się na studia do Cambridge, ale czy chciałbyś jeszcze kiedyś wrócić do Niemiec i tam zamieszkać?

Zamieszkać raczej nie. Zakładam z moim kolegą fundację w Monachium, gdzie będziemy pomagali z decyzją o studiowaniu na naszym uniwersytecie- TUMie. Nazywa się Fundacja Thomasa Edisona i chcemy ją prowadzić przez wiele, wiele lat więc będę musiał wracać dość często. Nadal jestem też studentem TUMu, bo zapisałem się tu też na studia magisterskie, raczej ich nie skończę, ale mam nadal bazę, do której mogę wracać. Monachium jest dla mnie jedną z lokacji, gdzie mam biznesy do załatwienia.

Na koniec chciałem jeszcze powiedzieć, żeby się nie bać samemu wyjechać i samemu utrzymywać. To jest coś, co dużo studentów robi, są też programy stypendialne. Jest BAföG, czyli pożyczka studencka. Jest dużo mini jobs, w których pracuje się 10 godzin w tygodniu, a jednocześnie dość dobrze zarabia więc wszystko jest do osiągnięcia. Studiami samymi w sobie też nie ma się co przejmować. Dostanie się jest stosunkowo łatwe, jeśli wiesz jak zaaplikować i z jakimi maturami. Dlatego właśnie tworzymy tę fundację.

Może powiem teraz trochę o tym jak to się zaczęło. Byłem mentorem w Project Access, gdzie znalazł mnie Janek. Napisał do mnie, opowiadałem mu dużo, on miał dużo pytań. Koniec końców wyszło na to, że mieszkał u mnie w akademiku jak byłem w Singapurze na wymianie i dość mocno się zaprzyjaźniliśmy. Zacząłem mu doradzać na studiach, mówiłem mu jakie przedmioty najlepiej wybierać, jak najlepiej do nich podejść i w tym momencie jest jednym z najlepszych na swoim kierunku, a kierunek liczy 800 osób. Warto też wspomnieć, że oceny w Niemczech są bardzo ważne. Przez to, że wszystko jest standaryzowane i sprawiedliwe, ludzie zwracają dużą uwagę na oceny po tym jak skończysz studia. Mi zajęło 2 semestry zorientowanie się, że oceny się liczą, co może nie było za późno, ale można było na pewno lepiej wykorzystać ten czas i lepiej wszystko zorganizować.

Dlatego właśnie chcemy stworzyć tę fundację, by pomóc ludziom, którzy aplikują i przekazać im wszystkie triki. Chcemy też zbudować społeczność studentów z Polski, bo jak mówiłem, takiej społeczności tu brakuje.

Wydaje mi się, że każdy interesujący się przedsiębiorczością powinien rozważyć ten kierunek.

Jeśli przeczytałeś cały artykuł, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pomaga nam się rozwijać.

Studia w Korei

Jeśli jesteś zainteresowany studiami za granicą mogą Cię zainteresować różwnież rozmowy na temat studiów w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Na początku chciałabym się zapytać co dokładnie i gdzie dokładnie studiujesz?

Ja studiuję w Seulu na Hangcock University of Foreign Studies. Jestem na kierunku International Economics and Law.

Dlaczego zdecydowałaś się na studia w Korei?

Od jakiegoś czasu, nawet jeszcze będąc w Polsce, byłam zainteresowana kulturą azjatycką. Po liceum chciałam zrobić gap year w Stanach Zjednoczonych, ale przez sytuację związaną z covidem i to, że nie było wiadomo czy i kiedy granice zostaną otworzone, mój plan legł w gruzach. Postanowiłam, że zaaplikuję na studia i stwierdziłam, że czemu by nie spróbować w Korei na przykład. Korea jest przecież znana z tego, że ma edukację na bardzo wysokim poziomie.

Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „studia międzynarodowe Korea” wyświetlił mi się mój uniwersytet, miał bardzo dobre opinie i wyglądało na to, że byłabym w stanie się tam dostać. Praktycznie od razu zaczęłam zbierać dokumenty i w styczniu dostałam informację, że się dostałam.

Wystarczyła Ci polska matura, czy potrzebne były jeszcze np. jakieś certyfikaty?

Nie, oni ode mnie wymagali właściwie tylko matury, ocen końcowych z liceum. Wymagali też certyfikatu z języka angielskiego, chcieli, żeby to był albo IELTS albo TOEFL, a ja miałam CAE. Złożyłam papiery z CAE, ale dostałam informację, że nie przedstawiłam certyfikatu językowego. Napisałam, że zdałam CAE, który jest równie dobry co IELTS, na co dostałam odpowiedź, że akceptują tylko IELTS i TOEFL, ale w takim razie będę musiała mieć z nimi wywiad. No więc miałam, dzień po świętach, bo tam się Świąt Bożego Narodzenia nie obchodzi. Z dokumentów to by było na tyle. Nie musiałam składać żadnych certyfikatów dotyczących języka Koreańskiego, bo mój kierunek teoretycznie powinien być prowadzony w języku angielskim, nie zawsze tak jest, ale to już inna sprawa.

A jakie widzisz różnice między polskim systemem nauczania, studiowania przede wszystkim a tym koreańskim?

Jest zdecydowanie inaczej. Jest inny system oceniania, w Polsce mamy z góry wyznaczone od ilu procent jest jaka ocena, w Korei jest comparative system więc osoba z najwyższą oceną wyznacza jakby 100%. Tylko 30% najlepszych osób może dostać A, 30% może dostać B, dalej C, D i ktoś musi dostać Fail. Dwie osoby mogą dostać różną liczbę punktów, ale tę samą ocenę na podstawie tego na przykład jak bardzo się starali na danym egzaminie, czy na przykład podjęli jakąś próbę, czy po prostu oddali pustą kartkę. To jest jedna rzecz. Druga to bardzo duży nacisk, który kładziony jest tu na naukę. W Korei popularne są na przykład czynne 24 godziny na dobę kafejki, które są przeznaczone stricte do uczenia się. Ja też w takich kafejkach byłam i na przykład o 2:00 w nocy nadal 90% miejsc jest zajętych, już nie mówiąc o okresie midterms i finals. Na studiach Koreańczycy i tak sobie trochę odpuszczają, bo dla nich i dla ich rodzin najważniejsze jest to, żeby dostać się na jak najlepszy uniwersytet. Od tego momentu oceny są nadal bardzo ważne, ale nie aż tak. Wcześniej normalne jest to, że na przykład dwunasto-, czternastolatkowie idą do szkoły, a po niej idą do czegoś co się nazywa Hagwon (학원) i to jest taka „szkoła po szkole”. My też mamy co prawda zajęcia dodatkowe, ale postrzegane są one raczej jako rodzaj hobby, a oni chodzą tam po to, żeby się po prostu nadal uczyć. Potrafią tam siedzieć do 11, 12 w nocy.

Przez tak duży nacisk na naukę, z tego co wiem, ale nigdy nie sprawdzałam jakoś bardzo dokładnie tych danych, w Korei jest największy odsetek samobójstw wśród młodzieży.

Widzisz to wśród swoich rówieśników na studiach? Są bardzo przytłoczeni przez naukę, czy raczej po prostu przyzwyczajeni do dużego obciążenia?

To znaczy ja mam w większości zagranicznych znajomych i to w dużej części z Europy więc mamy w dużej mierze podobne doświadczenia. Jeśli chodzi o moich koreańskich znajomych to jest różnie. Mam jedną koleżankę, która rzeczywiście się bardzo przykłada do nauki, ale mam też kolegę z Korei, który już dużo mniej się przykłada więc to po prostu bardzo zależy. Są bardzo różne podejścia do studiowania.

Jakie widzisz zalety studiowania w Korei?

Nie do końca wiem jak wygląda studiowanie w Polsce, bo nigdy nie brałam tego pod uwagę. Na pewno bardziej podoba mi się życie w Korei. Chociażby z tego powodu, że czuję się tutaj dużo bezpieczniej. W Polsce bałabym się o 2:00 w nocy iść sama przez miasto, a tu się nie boję, między innymi przez to, że poziom przestępczości w Korei jest bardzo niski. Całe miasto jest też monitorowane.

Dużo rzeczy jest też bardzo usprawnionych. Widać to na przykład po klimatyzacji, która jest wszędzie, w transporcie miejskim, w metrach, w busach, we wszystkich kafejkach, wszędzie.

Jak się tam studiuje i żyje w Korei Tobie, jako imigrantce?

Na pewno dużo osób na ulicach po prostu się na mnie patrzy i nie postrzegam tego ani w sposób negatywny, ani pozytywny, po prostu szczególnie osoby starsze nie miały za dużego kontaktu z osobami o nie koreańskim, czy nawet nie azjatyckim typie urody. Dużo osób często, jeżeli gdzieś wychodzę na miasto mówi, że jestem śliczna, bo mam dość jasną cerę i blond włosy.

To co było dla mnie na pewno trudne to formalności. Przyjeżdżając do Korei trzeba mieć wizę studencką, ale jest ona dosłownie potrzebna tylko do samego wjazdu do kraju. Potem wizę trzeba wymienić na coś co nazywa się ARC, to znaczy teraz nazywa się chyba tylko RC, bo rozwinięcie tego skrótu to Alien Registration Card więc Alien z wiadomych powodów zostało z nazwy usunięte, ale wszyscy nadal mówią ARC. Ja czekałam na tę kartę 2 miesiące, a bez niej mało co można zrobić. Trudno jest dostać koreański numer telefonu, da się to zrobić, ale jest bardzo trudno, nie można założyć konta bankowego, a nie mając koreańskiego konta bankowego nie można zamawiać rzeczy przez Internet, nie można zmawiać jedzenia. To samo z numerem telefonu, bez niego dużo rzeczy nie da się załatwić, ale po uzyskaniu ARC wszystko staje się dużo łatwiejsze i da się bez problemu funkcjonować. Teraz na przykład zmieniam mieszkanie i bez problemu znalazłam agenta, który mówi po angielsku.

Są też niestety miejsca, na przykład kluby, bary, do których jako osoba nie z Korei nie zostałabym wpuszczona. Może jeśli poszłabym z jakimś Koreańczykiem, wtedy tak, ale idąc np. z koleżanką z Niemiec, nie zostałybyśmy wpuszczone.

Jaki był Twój największy szok kulturowy?

Bardzo trudno mi powiedzieć, bo ja byłam w całą kulturę Korei dość mocno zanurzona zanim do niej przyjechałam. Na większość rzeczy byłam przygotowana. Co mnie bardzo zdziwiło, to jest bardzo mała rzecz, to to, że wszyscy uwielbiają chodzić w klapkach. Jedną rzeczą, która mi przeszkadza jest to, że kobiety powinny się przysłaniać u góry, nie powinny odkrywać ramion, ani dekoltu, nawet małego. Można nosić bardzo krótkie spódniczki, ale od góry należy być przykrytym. Było to dla mnie o tyle trudne, że większość bluzek jakie ze sobą przywiozłam to były topy.

Jakie są koszty studiowania w Korei?

Moje studia są płatne na pewno dlatego, że studiuję na prywatnym uniwersytecie więc nie wiem, jak to wygląda na uniwersytetach publicznych. Ja płacę w przeliczeniu niecałe 14 tysięcy złotych na semestr.

Zdecydowałabyś się na studia w Korei jeszcze raz?

Zdecydowanie tak, ale nie wiem czy na ten sam uniwersytet. Ten uniwersytet jest bardzo znany z exchange students i kursu językowego z koreańskiego i rzeczywiście dla tych osób są bardzo pomocni i otwarci, ale już dla studentów międzynarodowych studiujących tu pełne 4 lata, nie tak bardzo. Jak mamy jakieś problemy sami musimy sobie z nimi poradzić, o wielu rzeczach nam nie mówią i dowiadujemy się o nich dopiero po jakimś czasie. Tak jak mówiłam, mój kierunek powinien być w całości po angielsku, a przynajmniej 4 przedmioty, które są wymagane do ukończenia studiów, są po koreańsku. Wiem, że jeden z nich – ekonomię, będę mogła mieć po angielsku, ale znaczy to tyle, że egzamin będę mieć po angielsku, a wszystkiego będę musiała nauczyć się po prostu sama. Profesor powiedział mi, że on może zapewnić mi filmiki, które znalazł w Internecie, ale muszę całą resztę ogarnąć sama… Moim błędem był na pewno za mały research na temat uniwersytetów w Korei, aplikując po prostu nie do końca liczyłam się z tym, że się dostanę, a jak się dostałam to już było za późno. Teraz na pewno bardziej bym się rozejrzała za różnymi opcjami, ale samą Koreę na pewno bym jeszcze raz wybrała.

Planujesz zostać w Korei po skończeniu studiów?

To niestety zależy. Jeśli nie będę umieć mówić całkiem płynnie po koreańsku będzie mi bardzo trudno dostać tu pracę. Tutaj generalnie trudno jest znaleźć zatrudnienie osobom z zagranicy. Na pewno łatwiej jest, jeśli powie się, że ma się na przykład męża z Korei, bez tego jest trudno, nie jest to niemożliwe, ale jest trudne.

Praca w NGO od podszewki

Czym zajmuje się Mapa Karier?

Klaudia Stano, Mapa Karier: Mapa Karier to strona internetowa (mapakarier.org), poprzez którą przybliżamy młodym ludziom współczesny rynek pracy. Publikujemy opisy różnorodnych ścieżek kariery, tych mniej i bardziej znanych. W sumie jest ich już niemal 700. Ostatnio dodaliśmy do naszej bazy m.in. optometrystkę, moderatora treści internetowych i specjalistę przetwarzania odpadów promieniotwórczych.

W opisie każdego zawodu tłumaczymy, czym na co dzień zajmuje się przedstawiciel danej branży i jakie powinien mieć kompetencje. Wskazujemy też, jak może wyglądać jego ścieżka edukacyjno-zawodowa.

Oprócz opracowywania opisów zawodów prowadzimy wywiady z przedstawicielami ciekawych branż na kanale YouTube #ZawodowyStream.

Szybko się rozwijamy, więc już za kilka miesięcy pokażemy całkiem nową odsłonę Mapy Karier.

Czym różni się praca w NGO od pracy w innych firmach czy organizacjach?

Dobre pytanie! Na poziomie wykonywanych zadań może nie różnić się niczym, bo w fundacjach potrzebni są specjaliści różnych dziedzin, tak jak w każdej innej organizacji. Gdy spojrzymy na prężne działania największych NGOsów w Polsce takich jak WOŚP czy PAH, stanie się jasne, że ich działania nie byłyby możliwe bez stałych pracowników. Jeśli jednak miałabym wskazać różnice (wcześniej pracowałam w sektorze prywatnym), to wydaje mi się, że trzeci sektor częściej niż inne przyciąga ludzi, którzy w pracy szukają działania w zgodzie z własnymi wartościami i to jest dla nich większy priorytet niż prestiż pracodawcy czy wysokość zarobków.

Jakie są wady i zalety pracy w takiej organizacji?

Jeśli decydujemy się na pracę w NGO, musimy liczyć się z tym, że nasze zarobki nie będą tak wysokie jak mogłyby być w sektorze prywatnym (organizacje non-profit z definicji nie działają dla zysku).

Dodatkowo, zdarzają się organizacje zatrudniające jedynie w oparciu o umowy zlecenie czy umowy o dzieło. Jest to wynik tego, że część fundacji czy stowarzyszeń na bieżąco pozyskuje środki na działania i nie ma możliwości zaoferowania bezpiecznego zatrudnienia na czas nieokreślony. To oczywiście nie jest reguła, ale warto mieć świadomość, że nie każdy NGO jest w stanie zapewnić stabilne warunki pracy.

Innym aspektem, który dla niektórych może być wadą, a dla innych zaletą, jest to, że organizacje często są niewielkie, co oznacza, że zakres obowiązków bywa szeroki i nieprzewidywalny.

Jest jednak bardzo wiele zalet 🙂 Raporty branżowe oraz moi znajomi z NGOsów wskazują, że najbardziej cenią sobie to, że:

● praca ma głębszy sens i daje wartość otoczeniu;

● współpracownicy są pełni zaangażowania;

● panuje swobodna i nieformalna atmosfera;

● mogą realizować własne pomysły.

Czy praca w NGO jest tylko dla kogoś dla kogo ważna jest „idea” czy może być po prostu „zwykłą” pracą?

Zdecydowania może to być „tylko” zwykła praca i sposób na utrzymanie się. Z moich doświadczeń jednak wynika, że większość osób w trzecim sektorze przynajmniej minimalnie utożsamia się z ideą organizacji, dla której pracuje. I to jest moim zdaniem bardzo pozytywne, że praca w NGO może być zarówno zwykłą pracą zarobkową, jak i pracą dla idei, z której będziemy dumni.

Jednocześnie nie zapominajmy, że zwykła praca dla idei jest również możliwa w sektorze publicznym (np. jeśli ktoś chce podwyższyć komfort życia lokalnej społeczności i pracuje w urzędzie miasta) czy prywatnym (np. jeśli dla kogoś ważne jest zdrowe odżywianie i znajdzie pracę w firmie produkującej batony z naturalnych składników). Nie chciałabym sprawić wrażenia, że jeśli ktoś chce pracować zgodnie z własnym systemem wartości, to odnajdzie się tylko w trzecim sektorze. Zdecydowanie nie. Sektor pozarządowy jest jedną z opcji.

Są jakieś szczególne kompetencje, które należy posiadać myśląc o pracy w NGO?

Wskazanie jednego zestawu kompetencji jest niemożliwe, ponieważ to zależy od stanowiska, na które aplikujemy. Organizacje prowadzą rekrutacje na specjalistów wielu różnych dziedzin. Często poszukiwanymi pracownikami są koordynatorzy projektów, fundraisers, specjaliści komunikacji, pracownicy biurowi, księgowi, trenerzy, terapeuci. Bardzo polecam wizytę na stronie ogloszenia.ngo.pl i przejrzenie ostatnich ogłoszeń, bo to da nam dobry pogląd na trzeci sektor i jego różnorodność.

Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że gdy my prowadzimy rekrutację w fundacji, szukamy osób, które, oprócz konkretnych umiejętności, podzielają wartości naszego zespołu oraz zamiłowanie do edukacji. Kluczowe są dla nas również: gotowość do nauki, elastyczność, otwartość, dobra komunikacja i otwartość na informację zwrotną.

Czy są jakieś kroki, które można przedsięwziąć już w liceum, żeby ułatwić sobie znalezienie pracy w przyszłości? Jakie doświadczenia/kompetencje ułatwią znalezienie pracy w III sektorze?

Zdecydowanie można! Polecam angażować się w różne dostępne projekty wolontariackie i społeczne, ale również inicjować własne, bo to pokazuje naszą proaktywność i przedsiębiorczość. Takie doświadczenia będą ogromnym plusem, szczególnie jeśli wiemy, czego się dzięki nim nauczyliśmy.

Warto też pogłębiać wiedzę o tym, co nas interesuje. Przykładowo, jeśli interesuje nas ekologia, uczymy się o niej i interesujemy nowinkami, będzie nam łatwiej zdobyć pracę w organizacji z tego obszaru.

Jeśli rozważamy pracę w trzecim sektorze, jeszcze w liceum poszukajmy stażu lub wolontariatu w organizacji pozarządowej, nawet krótkoterminowego. Istnieje wiele możliwości zaangażowania się stacjonarnego (w lokalnie działającej organizacji) lub online (np. poprzez portal TuDu.org czy Szkolna Giełda Pracy).

Tak naprawdę każde doświadczenie rozwijające nasze kompetencje pracy zespołowej i prowadzenia projektów będzie cenne. Warto próbować, próbować i jeszcze raz próbować. Im więcej się dowiemy o sobie będąc jeszcze w szkole, im więcej błędów popełnimy i wniosków wyciągniemy, tym lepiej.

Jeśli przeczytałeś cały artykłu, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pozwala nam się rozwijać.

ABC wolontariatu za granicą

Czym się zajmujecie jako organizacja?

Helena Podlešáková Leszczyńska, YoWo Poland: Koncentrujemy się przede wszystkim na promowaniu projektów międzynarodowych, edukacji pozaformalnej i komunikacji międzykulturowej. Naszym głównym zadaniem jest tworzenie projektów międzynarodowych. Operujemy głównie w programie Erasmus Plus.

Tworzymy projekty jako organizacja przyjmująca, to znaczy, że składamy wnioski tutaj w Polsce i organizujemy projekty na terenie Polski, ale także partnerujemy w projektach zagranicznych – wysyłamy uczestników i uczestniczki z Polski na krótkoterminowe projekty za granicę. Zajmujemy się głównie wymianami młodzieży – Youth Exchange i szkoleniami, czyli Training Course. Partnerujemy również w większych projektach – akcji drugiej Erasmusa, obecnie między innymi w projekcie dotyczącym grywalizacji i tworzenia gier edukacyjnych. Organizujemy też różne aktywności online i lokalne, ale to wszystko jest w dużo mniejszej skali niż projekty międzynarodowe.

Jak to się stało, że wpadliście na pomysł takiej fundacji i przeszliście od uczestników do organizatorów takich wydarzeń?

H.L.: Myślę, że to była chęć robienia efektu powtórnego, żeby inni mogli doświadczyć tego, czego my doświadczyliśmy. Ja na swój pierwszy projekt pojechałam w 2015 roku. Wróciłam wtedy do domu zachwycona, że może istnieć coś tak fajnego, że można poznać ludzi z całego świata, można się tyle dowiedzieć, przeżyć tak niesamowite przygody. Potem jeździłam na kolejne – cały czas jako uczestniczka i w pewnym momencie uznałam, że chciałabym się tym zająć profesjonalnie, tworzyć projekty i umożliwić innym przeżycie tego, co tak bardzo zmieniło moje życie. Udało nam się zebrać grupkę osób, które miały podobne doświadczenia, które chciały szerzyć wiedzę o Erasmusie i przede wszystkim informację, że coś takiego w ogóle istnieje.

Mogłabyś opowiedzieć o swoich początkach związanych z wyjazdami albo o jakimś szczególnym wyjeździe?

H.L.: Tym, co wydaje mi się niesamowite i co widzę u innych, jest to, że każdy wyjazd jest wyjątkowy. Po moim pierwszym wyjeździe miałam poczucie, że już więcej nie chcę jechać, już tłumaczę dlaczego. Wróciłam do domu i pomyślałam „No to było idealne! Nie ma sensu jechać na inny projekt, bo na pewno nie spotkam tak cudownych ludzi jeszcze raz, na pewno nie spotkam tak wspaniałego zespołu”. Potem chęć podróży, chęć poznawania nowych osób zwyciężyła i zdecydowałam się na kolejny wyjazd, na którym zrozumiałam, że projektów nie da się porównywać. Potem wsiąkłam kompletnie.

Co przekonało Cię do pierwszego wyjazdu?

Zaczęło się od chęci podróżowania. Projekty z programu Erasmus, które tworzymy, są w 100% finansowane z funduszy Komisji Europejskiej. Uczestnicy nie muszą za nic płacić, dzięki czemu ten program jest tak włączający. Jeśli ktoś jest tuż po liceum albo w czasie studiów i trudno byłoby mu znaleźć pieniądze na wyjazd do Norwegii albo gdziekolwiek indziej, do kraju, w którym jest jednak trochę drożej niż w Polsce, to można pojechać z takim projektem. Nie płaci się, a zdobywa doświadczenia. Zawsze jest dzień, dwa na zwiedzanie, na odkrywanie miejsca i kultury. Ilości miejsc, które można odwiedzić nie da się zliczyć.

Co dały Ci takie wyjazdy?

H.L.: Z bardzo osobistego punktu widzenia powiedziałabym, że pewność siebie. Podczas projektu jesteśmy grupą osób, które pierwszy raz widzą się na oczy, a musimy nagle razem zamieszkać, pracować ze sobą praktycznie codziennie, to stanowi pewne wyzwanie, ale zawsze towarzyszyła mi pewność, że będę zaakceptowana, że ludzie polubią mnie taką, jaką jestem. Osoby, które poznałam są bardzo otwarte, zainteresowane, chętne, żeby pomóc i wysłuchać. Na projektach tworzy się grupę, w której stajemy się sobie bardzo bliscy. Jednocześnie każdy ma przestrzeń, żeby pokazać siebie.

Z zawodowego punktu widzenia dały mi przede wszystkim pracę. Zaczynając przygodę z projektami byłam w trakcie studiów i nie za bardzo wiedziałam co chcę po nich robić. Każdemu życzę czegoś co czuję teraz – poczucia, że robię coś, co kocham. Widzę tego efekty, widzę, jak ludzie piszą do nas po pół roku po projekcie, który zorganizowaliśmy „Jeszcze raz dziękuję, bo to zmieniło moje życie i naprawdę jestem przeszczęśliwy, że mogłem być/mogłam być na tym projekcie.

Coś co myślę, że dają każdemu to świadome podróżowanie. To nie jest turystyka, to są wyjazdy edukacyjne, które mają w sobie elementy poznawania świata, poznawania różnych kultur. Po pierwsze to, że jedziemy do nowego miejsca daje nam nową perspektywę, ale też to, że musimy mieszkać w 1 grupie z 7, 8, 10 innymi narodowościami. To naprawdę jest szkoła życia. Co w mojej kulturze wydawało mi się oczywiste, dla kogoś innego wcale oczywiste nie jest, to bardzo otwiera głowę na to, że ludzie są różni i to jest okay.

Jaki był największy szok kulturowy, jakiego doświadczyłaś?

H.L.: To był chyba mój drugi projekt, odbywał się na południu Francji, organizatorzy pochodzili z Wysp Kanaryjskich. Ja jako osoba bardziej z północy i stereotypowo przywiązująca wagę do godzin, do tego, żeby być o czasie, żeby wszystko było tak, jak było zaplanowane, na początku bardzo irytowałam się na brak przywiązania do ram czasowych. Potem zrozumiałam, że to jest po prostu inne podejście i weszłam w ten flow i było super. To, że mieliśmy zaczynać o 10:00 znaczyło, że może zaczniemy koło 12:00 albo to, że kolacja miała być o jakiejś konkretnej godzinie, znaczyło, że godzinę później zaczniemy ją szykować. Kiedy człowiek przestaje na siłę zmieniać innych, a zaczyna otwierać się i próbować zrozumieć, że każdy jest inny, wtedy jest dużo, dużo łatwiej.

Jakie są rodzaje wyjazdów?

H.L.: My zajmujemy się głównie Erasmusem i głównie dwoma rodzajami projektów – Wymiana Młodzieży i Kursy Szkoleniowe.

Wymiana Młodzieży to projekt dla osób od 13 do 30 roku życia. My, w naszej organizacji mieliśmy kilka projektów od 14 roku życia, ale było ich zdecydowanie mniej. Większość naszych projektów ma ramy wiekowe 18-30. To są projekty które mają zdecydowany nacisk na wymianę kulturową. Są różne tematy – można pojechać na projekt o ekologii, o równości płci, o sporcie, prawach człowieka itd., ale główny nacisk będzie na to, że jesteśmy osobami z różnych krajów i próbujemy się dogadać pomimo naszych różnic kulturowych i barier językowych. Nie trzeba znać języka angielskiego, możemy się próbować porozumieć na przykład za pomocą gestów. To jest przestrzeń do tego, żeby ćwiczyć, żeby próbować swoich sił w komunikowaniu się z innymi osobami.

Szkolenia z kolei są projektami dla osób od 18 roku życia wzwyż, czyli mogą też przyjść osoby w wieku 30, 40, 50… lat. To jest też bardzo ciekawe doświadczenie pod względem komunikacji między pokoleniami. Większość szkoleń jest po angielsku i trzeba znać ten język na poziomie komunikatywnym. Stawia się większy nacisk na konkretną wiedzę z zakresu danej dziedziny.

Są jakieś alternatywy do Erasmusa?

H.L.: Jak najbardziej. My ich nie organizujemy, ale wielokrotnie tworzyliśmy spotkania edukacyjne, na których o nich mówimy. To, co bym poleciła bardzo to również inicjatywa Komisji Europejskiej – Europejski korpus solidarności. To jest program wolontariatu międzynarodowego, który oferuje wyjazdy od 2/3 tygodni do 12 miesięcy. Wyjeżdża się gdzieś wykonywać pracę wolontariacką na miejscu. Europejski Korpus Solidarności teoretycznie jest wolontariatem, więc nie dostajemy wynagrodzenia, ale to nie jest praca za darmo. Mamy zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, transport na miejsce i dostajemy tzw. Pocket Money, czyli kieszonkowe. Jest też ubezpieczenie. Program Europejskiego Korpusu Solidarności jest skierowany dla osób od 18 do 30 roku życia i też bardzo go polecam. Można robić przeróżne rzeczy, nasza bliska znajoma z organizacji wyjechała właśnie na taki projekt do Holandii i tam pracuje przy restauracji XVI-wiecznej łodzi. Wyjazdy są przeróżne, jest dużo projektów ekologicznych, pracy z dziećmi, pracy na różnych farmach ze zwierzętami, możliwości jest nieskończenie wiele.

Kolejną grupą projektów są Work Campy. Byłam na kilku z nich jako uczestniczka i bardzo je polecam! Work Campy są krótkoterminowymi wolontariatami zagranicznymi, na których można robić przeróżne rzeczy. Pierwszy, na którym byłam polegał na renowacji średniowiecznego zamku! Fajne jest to, że Work Campy w przeciwieństwie do poprzednich projektów nie są stricte europejskie i przyjeżdżają na nie uczestnicy z całego świata, mieliśmy w grupie m.in. osoby z Ameryki Południowej, Azji czy Afryki…  Tematyka jest bardzo różnorodna, są projekty związane z pracą z dziećmi, z ekologią, z ochroną dziedzictwa kulturowego jest tego naprawdę wiele.

Kolejnym programem, w którym brałam udział i który też bardzo polecam jest Work Away, w którym można brać udział od 18 roku życia w górę. Oferty są z całego świata, jedzie się w wybrane miejsce (ale podróż trzeba opłacić samemu), a wyjazd jest nieograniczony czasowo – można pojechać na 2 tygodnie albo nawet na rok. Najczęściej jest to praca na farmie, w hostelu bądź w jakiejś organizacji. W zamian za kilka godzin nieskomplikowanej pracy dostaje się wyżywienie i zakwaterowanie. Jest to niesamowite doświadczenie głównie ze względu na ilość osób, którą się poznaje. Można spotkać osoby z całego świata, o zupełnie różnych spojrzeniach, różnych historiach…

Którą z tych opcji poleciłabyś komuś kto jedzie pierwszy raz? Może trochę się stresuje?

H.L.: Zdecydowanie projekty Erasmusowe. Ja nie zaczęłam od Erasmusa tylko od Work Campów, potem przeszłam przez Work Away, pojechałam z programem AIESEC i dopiero po tych doświadczeniach poznałam Erasmusa. Muszę przyznać, że ujęły mnie te (Erasmusowe) projekty najbardziej. Przede wszystkim ich inkluzywność – pokrywane jest zakwaterowanie, wyżywienie, podróż więc naprawdę każdy może pojechać. Poza tym są to też projekty edukacyjne, czy to jest Youth Exchange, czy to jest Training Course nieodłączny jest element edukacji. Oczywiście na innych wolontariatach on też jest, bo uczymy się zupełnie nieformalnie przez to, że jesteśmy w grupie, ale tu mamy osobę, która nas prowadzi przez to doświadczenie.

Gdzie szukać informacji o takich wyjazdach?

H.L.: Jeśli chodzi o wyjazdy, które organizujemy i w których partnerujemy to na naszej stronie internetowej www.yowopoland.org. Bardzo dużo calli na różne projekty zamieszczamy też na naszych social mediach więc zachęcam do tego, żeby nas zaobserwować! Nasze projekty to oczywiście kropla w morzu wszystkich projektów, które są! Bardzo zachęcamy, żeby szukać więcej! Myślę, że najłatwiej i najbardziej wiarygodnie jest szukać przez konkretne organizacje, jest bardzo dużo stowarzyszeń i fundacji w Polsce, które są naprawdę fajne i się tym zajmują. Polecam projekty na przykład organizacji Logos z Poznania. Można szukać też przez grupy facebookowe, bo pomimo tego, że Facebook powoli umiera jako medium społecznościowe, to Erasmus nadal się na nim trzyma – są różne grupy np. PL Youth in Action albo Youth Opportunities PL i tam dużo organizacji wrzuca swoje projekty. Jest też baza, która zbiera część projektów typu Training Course – Salto Youth.

Work Away-e i Work Campy mają swoje dedykowane strony. Europejski korpus solidarności ma super bazę, więc nie trzeba szukać nigdzie indziej, zwłaszcza, że są tam też różne filtry, dzięki którym można wybrać długość trwania projektu, lokalizację…

Jakbyś przekonała kogoś kto dotrwał do tego miejsca, ale nadal nie jest zdecydowany?

H.L.: Poza tym, że jechać i w ogóle się nie zastanawiać, to powiedziałabym, że tak naprawdę nie ma nic do stracenia. Projekty są różne. Nie chcę, żeby ten wywiad wyszedł tak, że wszystko jest zawsze różowe. Czasem się zdarzy tak, że np. są jakieś problemy z zakwaterowaniem albo jedzenie jest nie za dobre albo pogoda może być straszna, teraz często są problemy z lotami i może się okazać, że droga zajmie zamiast 2 godzin – 24. Są rzeczy, takie logistyczne, które mogą być trudne. Zwłaszcza dla osoby, która jedzie pierwszy raz i np. nigdy nie była za granicą, boi się wyjść ze swojej strefy komfortu. Mogą się zdarzyć rzeczy, które będą trudne albo nieprzyjemne, ale to co naprawdę przezwycięża te wszystkie możliwe trudności, to ludzie. W naprawdę wielu projektach, w których brałam udział nie zdarzyło mi się, żeby ludzie nie byli fajni. Co jest według mnie magią takich projektów. Przyjaźnie i związki na lata, które powstają w tym czasie naprawdę są warte odrobiny stresu wynikającej z wyjścia z własnej strefy komfortu.

My też, jeśli chodzi o kwestie logistyczne, zawsze pomagamy, czy to w znajdywaniu biletów, czy w innych kwestiach organizacyjnych, zawsze staramy się wspierać uczestników więc naprawdę da się!

Są jakieś kompetencje, które należałoby mieć, żeby pojechać?

H.L.: Powiedziałabym odwrotnie. Myślę, że każdy z nas jest tak naprawdę już gotowy, żeby jechać. Jeśli nam się wydaje, że nie jesteśmy gotowi, bo na przykład nasz angielski nie jest dobry, albo nie jesteśmy wystarczająco odważni, czy wystarczająco przebojowi, żeby pojechać, to wszystko to są tak naprawdę przeszkody, które mamy tylko we własnej głowie. Przywołam tu może taki konkretny przykład. W projekcie, który kiedyś zorganizowaliśmy brała udział bardzo zróżnicowana grupa. Poziom angielskiego był przeróżny. Ostatniego dnia, na zakończenie, jeden chłopak, który nie mówił po angielsku prawie zupełnie, a byliśmy ze sobą 10 dni (!), więc musieliśmy się ze sobą w między czasie jakoś dogadywać, przeczytał nam z translatora Goggle’a najbardziej wzruszający list jaki kiedykolwiek słyszałam, w którym dziękował nam za ten tydzień i za to, że się tak otworzył i chce mu się dalej żyć i wracać do domu, żeby opowiadać o tych możliwościach. Wszyscy płakali jak coś takiego usłyszeli… Jeśli ktoś się zastanawia czy ma wystarczające umiejętności miękkie, żeby pojechać, to myślę, że tym bardziej powinien pojechać, bo zrozumie, że je ma, ma już je w sobie, ale sam je blokuje myśląc, że jeszcze nie jest wystarczająco dobry czy dobra.

Na koniec pytanie, które zadaje wszystkim gościom, czyli pytanie o książkę, która szczególnie Cię zainspirowała.

H.L.: Jedną z książek, które na pewno polecam wszystkim, jest książka Jaume Cabré „Wyznaję”. Książka, o której bardzo trudno zacząć opowiadać, żeby nie spalić więc może powiem tak – jeśli ktoś ma zastój literacki, to jest to właśnie książka, w którą można wciągnąć się i od której nie można się oderwać. 

Jeśli przeczytałeś cały artykuł, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pomaga nam się rozwijać.

Jak wykorzystać możliwości, które daje nam wielki świat?

Mogłabyś opowiedzieć kilka słów o Girls Future Ready?

Zacznę może od tego jak się zaczęła cała historia fundacji, która jest też trochę historią Zosi – naszej założycielki i CEO fundacji. Wszystko zaczęło się, gdy Zosia miała 6 lat i wyjechała do Finlandii. Po dwóch latach edukacji w szkole międzynarodowej, w której na co dzień posługiwała się angielskim, przyjechała do Polski na wakacje. Rodzice posłali ją i jej brata do polskiej szkoły. Zosia, jako że była ogromną kujonką, bardzo się cieszyła, że ma sprawdziany, dostawała piątki praktycznie ze wszystkiego oprócz angielskiego. To był pierwszy sygnał. Zosia zaczęła się zastanawiać  dlaczego tak jest, że mówi płynnie po angielsku, uczy się po angielsku i nie może dostać piątki z angielskiego, a dzieci, które piątki dostają nie potrafią z nią porozmawiać w obcym języku. Wróciła do Finlandii, poszła do swojej dyrektorki i stwierdziła, że chciałaby zorganizować zbiórkę książeczek po angielsku, które mogłaby przywieźć do Polski, żeby jej koleżanki mogły się z nich uczyć.

Wtedy zetknęła się z pierwszą barierą, takie rzeczy może organizować rada rodziców, a nie małe dzieci. Zosia chodziła co dwa tygodnie porozmawiać z panią dyrektor aż uzyskała zgodę. Zbiórkę udało się zorganizować.

Obecnie projektów w fundacji jest 6, a zbiórka książeczek dalej jest jednym z nich. Nie jest to nasz flagowy program, ale gdzieś tam, od czasu tej pierwszej różowej walizeczki, w której Zosia przywoziła książki dla koleżanek zostało przekazane już ponad 50 tysięcy takich książeczek dla dzieci w całej Polsce. Współpracujemy z różnymi podstawówkami, szpitalami, domami dziecka… Od tego się wszystko zaczęło.

Potem Zosia wyjechała do Stanów, dojrzała, zobaczyła kolejne potrzeby. Zrozumiała, że tu nie chodzi tylko o język angielski, a o brak edukacji związanej z umiejętnościami miękkimi, przedsiębiorczością. Cała działalność fundacji opiera się na uzupełnianiu braków w polskiej edukacji na podstawie doświadczeń z USA.

Fundacja nazywa się Girls Future Ready – Dziewczyny Gotowe na Przyszłość, jak rozumiecie gotowość na przyszłość zawartą w nazwie fundacji?

Nazwa fundacji idzie w zgodzie z naszą misją. Korzystając z doświadczeń naszej założycielki, Zosi Kierner, staramy się pomóc młodym dziewczynom z Polski i Europy środkowo-wschodniej przygotować się na współczesne wyzwania. Stawiamy na umiejętności takie jak przedsiębiorczość, rozwój wiary w siebie, global mindset.

W Stanach jest mnóstwo ścieżek rozwoju dla młodych ludzi. Przyjeżdżając do Polski Zosia zauważyła, że w Polsce dużo osób, zwłaszcza dziewczyn, troszeczkę się boi tego, ile duży świat otwiera przed nimi drzwi, a my staramy się pokazywać, że to jest zaleta, a nie coś czego należy unikać.

Inne umiejętności, które staramy się rozwijać u dziewczyn to umiejętność przemawiania publicznie, autoprezentacji i znajomość profesjonalnego angielskiego. Przy okazji stawiamy na takie tematy jak women solidarity, czy youth empowerment, które są kluczowe w dzisiejszym świecie.

Mogłabyś w kilku słowach powiedzieć czym różni się według waszych obserwacji przygotowanie młodych Polek i Polaków na wyzwania współczesnego świata od przygotowania ich rówieśników np. ze Stanów Zjednoczonych?

Tutaj trzeba zaznaczyć, że działalność fundacji opiera się na uzupełnianiu braków w systemie, a nie wytykaniu komuś błędów… W Polsce brakuje edukacji praktycznej, szkoły skupiają się na teorii.  W Stanach od pierwszej klasy podstawówki dzieci dostają zadania typu „wyjdź proszę na środek klasy i opowiedz o swojej ulubionej zabawce”, uczy się autoprezentacji, występowania przed publicznością. W Polsce ogranicza się to przeważnie do nauczenia się raz na rok wiersza, który trzeba wyrecytować przed klasą. Wystarczy wykuć od deski do deski, słowo w słowo. Uważam, że to nie powinno do końca tak wyglądać, bo to po prostu nie przygotowuje w żaden sposób do przyszłej kariery zawodowej.

 Nikt w szkole nie uczy dzieci, dlaczego się uczy matematyki. To jest podobno przedmiot opierający się na logicznym myśleniu, ale przygotowanie do matury z rozszerzonej matematyki polega na tym, że rozwiązuje się w kółko zadania o tym samym schemacie, aż w końcu zapamięta się jak krok po kroku należy je rozwiązywać. Tak przynajmniej wyglądała moja matura, może reforma edukacji zmieni coś w tej kwestii, taką mam nadzieję.

Angielskiego uczymy się w szkołach z książek skupiając się na gramatyce. Ja uczyłam się angielskiego od przedszkola, a mówić płynnie zaczęłam dopiero w liceum i to dzięki zajęciom dodatkowym, wyjazdom za granicę, a nie dzięki nauce w szkole.

My w fundacji stawiamy właśnie na praktykę. Między innymi poprzez spotkania z profesjonalistkami z różnych branż, hands-on mentoring i połączenia z native speakerami z USA, staramy się dawać możliwości zdobywania doświadczeń i zdolności niezbędnych do osiągnięcia sukcesu w dorosłym życiu i karierze

A mogłabyś powiedzieć w jaki sposób uczyć się i w jaki sposób Wy uczycie praktycznych umiejętności?

Prowadzimy 6 programów, z czego 3 są naszymi flagowymi programami.

Trzy nasze „duże” projekty kierowane są do naszej grupy docelowej, którą są dziewczyny od 14 do 24 roku życia. Jednym z nich jest „Girls Global Ready”, w ramach którego łączymy 100 dziewczyn z Polski ze 100 dziewczynami ze Stanów. Na przestrzeni roku szkolnego dziewczyny pracują w parach wykonując różne wyzwania, uczą się praktycznych umiejętności. Pod koniec roku najbardziej aktywna para wygrywa wyjazd do Nowego Jorku. W tym programie, od tej edycji współpracujemy z MasterMatchem, czyli z platformą, która zajmuje się dopasowaniem profili konkretnych osób dzięki AI. Wprowadzimy za pomocą sztucznej inteligencji łączenie dziewczyn na podstawie ich zainteresowań, charakterów…

Kolejnym projektem jest „HerStory Project”, nasz flagowy program mentoringowy, w którym łączymy mentorkę z mentee. Dziewczyny na przestrzeni 3 miesięcy razem pracują. Mentee ma za zadanie w tym czasie wykonać pod skrzydłami mentorskimi konkretny projekt od początku do końca. W Polsce jest troszeczkę problem z programami mentoringowymi, bo za często polegają one po prostu na comiesięcznym spotkaniu z mentorem na kawę, podczas której głównym tematem jest narzekanie na życie. Zależy więc nam na tym, żeby uczestniczki wynosiły z programów jak najwięcej i żeby realizowały wartościowe projekty, które będą jak najbardziej nadawać się do tego, żeby wpisać je w CV. Zależy nam na tym, żeby istniał jakiś udokumentowany efekt końcowy. Projekt, który świadczy o progresie i sukcesie dokonanym przez uczestniczkę. Jeśli chodzi o przykłady takich projektów to w tym roku jedna z dziewczyn – Kaja Pośnik, stworzyła swój własny podcast „Breath of art” pod okiem profesjonalnej podcasterki. W zeszłym roku jedna z dziewczyn wystąpiła na konferencji Women In Tech Summit, gdzie zaprezentowała swój projekt związany z sektorem STEM. Inna dziewczyna zaprojektowała swój własny ciuch dla butiku RISK w Warszawie, który dostępny jest w tegorocznej wiosennej kolekcji. Dziewczyny stworzyły biznesy, NGO-sy, artykuły do ogromnych mediów… Nasza perspektywa jest bardzo szeroka i jest w czym wybierać.

Innym programem jest „HerStory Masterclass”, do którego zapraszamy kobiety, które chciałyby wesprzeć naszą fundację, ale nie mogą sobie pozwolić na 3-miesięczny projekt mentoringowy. Jest to comiesięczne, półtoragodzinne spotkanie mające na celu inspirować, szerzyć wiedzę na konkretne tematy i motywować. Miałyśmy okazję rozmawiać z Małgosią Komońską Voice & Speech Trainer for Business, która opowiadała o przemówieniach publicznych i umiejętności autoprezentacji. Miałyśmy też spotkanie z Olą Pucicką CEO LinkedIn na Europę Środkowo-Wschodnią, która opowiedziała, o tym jak wykorzystać potencjał platformy LinkedIn oraz jak założyć na niej efektywne konto, które zostanie zauważone przez pracodawcę. Staramy się pokazywać dziewczynom różne ścieżki kariery, skupiamy się również na tematach innowacyjnych i technologicznych. Chcemy pokazać, że technologia to nie tylko IT i kodowanie, jest mnóstwo innych ścieżek.

Jednym z pozostałych programów jest „Together with teachers”, którego 2 edycje odbyły się podczas pandemii. W ramach akcji zaprosiliśmy do 300 szkół w Polsce ponad 250 native speakerów z USA, żeby brali udział w zdalnych lekcjach angielskiego. Dzięki temu ponad 10 000 dzieci miało dostęp do lekcji z native speakerem, z czego dla ponad 80% procent z nich to był pierwszy kontakt z osobą, której ojczystym językiem jest angielski. Innym jest program „Girls English Ready”, o którym już wspominałam i który polega na zbieraniu książeczek, ale to są mniejsze projekty.

Na czym polegają Twoje działania w fundacji?

Ja zajmuję pozycję Chief of External Relations i na największą skalę zajmuję się programami HerStory. Pozyskuję mentorki i speakerki oraz nawiązuję partnerstwa, zarówno finansowe, jak i strategiczne. Wspomagam fundację od back-endu jak tylko mogę. Jako, że wspieram fundację już od jakiegoś czasu i jestem koordynatorką obecnego programu stażowego, biorę udział we wszystkich spotkaniach zespołu, nie tylko External.

Domyślam się, że w swojej pracy czasami kontaktujesz się jako pierwsza z potencjalnym partnerem, czy zdarzyło Ci się spotkać szklany sufit związany z młodym wiekiem? Czy jesteście już na tyle dużą marką, że takie rzeczy się raczej nie zdarzają?

Jestem przekonana, że w większości takie rzeczy zdarzały się, kiedy Zosia zakładała tę fundację jako mała dziewczynka. Działalność fundacji opiera się na pomocy od młodych kobiet dla młodych kobiet. Bardzo często na spotkaniu z potencjalną mentorką, opowiadam o naszych działaniach i jej się oczy śmieją, bo widzi, że dziewczyny mają teraz możliwości, jakich ona w naszym wieku nie miała. Dlatego chce pomóc. Przez to, że same jesteśmy młode wiemy jakie programy stworzyć, do kogo się zwrócić i o co prosić. Uważam, że perspektywa od młodych kobiet dla młodych kobiet jest ogromnym atutem fundacji.

Często jednak nadal przy spotkaniach jesteśmy uznawane za grupę młodych dziewczynek, które uważają, że mogą obrócić świat do góry nogami. Takie osoby nie biorą pod uwagę faktu, że mamy outreach na naszych social mediach rzędu 50 tysięcy, że wspieramy co roku 80 tysięcy młodych kobiet – to są ogromne liczby. Współpraca z młodymi kobietami działa na ogromną skalę, a mam wrażenie, że czasami firmy tego nie widzą. Nasze programy są dokumentowane na każdym etapie, publikujemy i udostępniamy partnerom mnóstwo materiałów marketingowych ale robimy to, żeby inspirować kolejne dziewczyny postępami uczestniczek, pokazywać, że one też mogą aplikować i się rozwijać. Kończąc, jeśli chodzi o szklany sufit, to myślę, że największym problemem jest to, że pomimo  pełnoletności i pomimo zasięgów jakie mamy, dalej nie doceniane jest jaką relację mamy z naszą społecznością.

Mamy w planach otworzyć w najbliższym roku szkolnym program ambasadorski, żeby nie tylko dziewczyny z dużych miast miały dostęp do różnych inicjatyw, żeby w mniejszych miejscowościach też było o nich słychać, żeby w każdej szkole była jakaś dziewczyna z GFR szerząca wiedzę o możliwościach jakie są na wyciągnięcie ręki. Myślę, że faktycznie największą przeszkodą jest niedocenianie potencjału fundacji, która na każdym kroku stara się docierać do jak najliczniejszej publiczności.

Masz jakąś receptę na to jak sobie radzić w takich sytuacjach? Wypracowałaś może jakąś strategię?

Ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak nasza założycielka, Zosia Kierner pracuje i prowadzi wszelkie spotkania ze starszymi osobami. Sporo się od niej nauczyłam i wydaje mi się, że trzeba po prostu trochę ignorować to pobłażliwe i niedoceniające podejście i robić swoje. Mamy wiele do pokazania, misja jest nie do podważenia, tak samo jak nasze inicjatywy więc uważam, że jeżeli ktoś mnie dyskryminuje, najzwyczajniej nie wie czym się zajmuję. Nie ma co się zniechęcać – to jest strategia. trzeba uświadomić tej osobie ile fundacja robi dobrego dla młodych kobiet. Nie ma co się peszyć, tylko dlatego że jestem młodsza – to jest atut fundacji. Zespół składa się z młodych i kreatywnych osób, które organizują wszystkie przedsięwzięcia pro bono. Starsze osoby, z którymi mam okazję się spotykać często nie miały takich możliwości, więc są pełne niedowierzania i uważają tworzenie takich projektów za darmo za niemożliwe. Trzeba mieć to z tyłu głowy i nie tracić chęci z powodu początkowego braku zainteresowania

A czego się nauczyłaś pracując w fundacji?

Po pierwsze umiejętności miękkich. Komunikacji z rówieśnikami i osobami znacznie starszymi, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Fundacja zarejestrowana jest w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, a speakerki i mentorki są z różnych zakątków świata. Otworzyły mi się też bardzo oczy na dziedziny w których można się rozwijać i  na to, jak wartościowe jest próbowanie różnych rzeczy w młodym wieku, nawet jeśli potencjalnie wiesz jaką chcesz obrać ścieżkę kariery.

Prowadzę przebieg bieżących projektów i uczę się wiele od innych członków zespołu, z innych działów. Fundacja działa trochę jak start-up. W korporacji  masz swój zakres obowiązków, którymi na co dzień się zajmujesz… i tyle. Tu znacznie łatwiej jest zdobyć doświadczenie w dziedzinie całkowicie wykraczającej poza twój zakres obowiązków. Jeżeli zakończę wszystko co miałam do zrobienia w moim dziale External Relations, zabieram się za aplikowanie na grant razem z działem fundraisingu i zdobywam doświadczenie w tej dziedzinie, jeżeli jest potrzeba to jestem w stanie stworzyć grafiki z działem marketingu lub uczę się tworzyć kontrakty i poszerzać swoją wiedzę z prawa. Teraz jestem koordynatorką programu stażowego na sezon letni więc zajmowałam się od początku do końca razem z Zosią przygotowaniem formularzy aplikacyjnych, opisu programu, przeprowadziłam rozmowy rekrutacyjne i tak dalej. Wydaje mi się, że to jest ogromny atut pracowania w NGO-sie.

Jako młoda osoba pracując w fundacji zdobywam ogromne doświadczenie i to, samo w sobie, jest wynagrodzeniem.

To teraz pytanie na koniec – czy jest jakaś książka, która Cię jakoś szczególnie zainspirowała?  

Nie wiem czy jest to książka, której celem jest inspiracja, ale na pewno wiele może nauczyć. Tytuł to „Never split the difference”. Jest to podręcznik zasad negocjacyjnych, zebranych i udoskonalonych w trakcie kariery Chrisa Vossa jako negocjatora zakładników, a później jako nagradzanego nauczyciela w najbardziej prestiżowych szkołach biznesu na świecie. zawiera relację z dramatycznych scenariuszy, ujawniając strategie negocjacyjne. Książka pokazuje, jak wykorzystać te umiejętności w miejscu pracy i w każdej innej sferze życia…

Jeśli przeczytałeś cały artykuł, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pomaga nam się rozwijać.

Umiejętności przyszłości

Co wybrać?

Co jakiś czas każdy z nas staje przed wyborem wpływającym na naszą przyszłość. Obojętnie czy chodzi o wybór liceum, technikum, studiów, czy kolejnego etapu kariery, podejmowanie takich decyzji nie jest łatwe, a z roku na rok staje się coraz trudniejsze. Jak wybrać dalszą ścieżkę edukacji czy rozwoju zawodowego, gdy według badaczy wiele z zawodów, które będziemy wykonywać za 10 lat jeszcze nie istnieje? Według statystyk LinkedIn wiele z najszybciej rozwijających się zajęć, m.in. z sektora machine learning czy big data, nie istniało jeszcze kilka lat temu (1).

Odpowiedzią może być nauka umiejętności uniwersalnych, które z dużą dozą prawdopodobieństwa będą potrzebne w wielu zawodach, bo to właśnie umiejętności, a nie formalne wykształcenie będą walutą pracy przyszłości (2).

Skills of the future – czym są umiejętności przyszłości?

Wraz z rosnącą automatyzacją i robotyzacją ludzie będą musieli skupić się na zajęciach nierutynowych. Weźmy na przykład zawód strażaka – innowacje technologiczne mogą na pewno bardzo ułatwić jego pracę, ale nieprzewidywalna natura tego zawodu sprawia, że jego całkowite zautomatyzowanie wydaje się póki co niemożliwe (1). Łatwo jest zaprogramować robota do wykonywania nieskomplikowanej, powtarzalnej czynności, ale dużo trudniejsze staje się zaprojektowanie maszyny, która może napotykać w swojej pracy na różne, często bardzo trudne do przewidzenia scenariusze.


Poza „nie rutynowością” trudne do zautomatyzowania są zajęcia wymagające umiejętności analizowania, wyciągania wniosków i rozwiązywania problemów, których powierzenie AI jest na razie mało realne (3).


Według World Economic Forum w najbliższych latach kluczowe znaczenie będą miały tzw. human skills, czyli umiejętności, które specyficzne dla ludzi (4), są nimi między innymi wspomniana już umiejętność rozwiązywania problemów, ale też empatia, komunikacja, krytyczne myślenie.


Co jednak najważniejsze zmieniający się świat i ewoluujący wraz z nim rynek pracy sprawia, że niektórzy badacze zakładają, że większość umiejętności powszednieje i traci swoje znaczenie o połowę średnio po 5 latach (2). To wszystko sprawia, że niezbędna jest i jeszcze przez wiele lat będzie umiejętność uczenia się i adaptacji (5), która pozwala na ciągłe dostosowywanie się do nowych realiów i zapewnia właściwą ludziom elastyczność, która stanowi niewątpliwą przewagę nad maszynami.


Dynamika rynku pracy pokazuje, że coraz mniej istotne jest to, jakie ma się wykształcenie, a na znaczeniu zyskują czyste umiejętności. Szczególnie atrakcyjni wydają się być pracownicy umiejący szybko się adaptować, a więc często tacy, którzy mają bogate doświadczenie, z którego mogą czerpać, a jednocześnie są otwarci na zmiany. Nie chodzi tu wcale o kilkudziesięcioletni staż pracy, choć takie klasyczne doświadczenie nadal stanowi dużą wartość, a o proaktywne podejście sprawiające, że nawet świeżo upieczony absolwent liceum czy technikum, może pochwalić się doświadczeniem zdobytym w wakacyjnej pracy, wolontariacie, stażach…


Ciekawym głosem w dyskusji o przyszłości rynku pracy jest platforma „The future of skills”, która skomponowała własną listę 20 umiejętności przyszłości, a są to m.in. umiejętność uczenia zarówno siebie, jak i innych, inteligencja emocjonalna, zrozumienie mechanizmów socjologicznych, oryginalność, pomysłowość i kreatywność, wystąpienia publiczne, rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji, ale też bycie aktywnym słuchaczem.


Wszyscy eksperci zdają się malować wspólny obraz, który po pierwsze wskazuje na dużą wartość umiejętności miękkich, a po drugie na podobną wagę ciągłego uczenia się i rozwoju. Nie pozostaje więc nic innego jak poza skupianiu się na formalnej edukacji, skierować swoją uwagę na poszukiwanie możliwości zdobywania bardziej praktycznych doświadczeń. Słowem kluczem jest różnorodność.


Bibliografia:


1. The path to prosperity: Why the future of work is human [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://images.content.deloitte.com.au/Web/DELOITTEAUSTRALIA/%7B90572c4f-4bb5-4b54-bf27-cc100d86890d%7D_20190612-btlc-inbound-future-work-human-report.pdf?utm_source=eloqua&utm_medium=email&utm_campaign=20190612-btlc-inbound-future-work-human&utm_content=body


2. Deloitte-Access-Economics-2019-Premium-Skills-Final-Report-WEB.pdf [Internet]. [cytowane 13 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www.deakinco.com/wp-content/uploads/2021/07/Deloitte-Access-Economics-2019-Premium-Skills-Final-Report-WEB.pdf


3. WEF_Future_of_Jobs_2020.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Future_of_Jobs_2020.pdf


4. WEF_Future_of_Jobs_2018.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Future_of_Jobs_2018.pdf


5. WEF_Skills_Taxonomy_2021.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Skills_Taxonomy_2021.pdf

Pokolenie multitaskingu

Multitasking jest bardzo kuszący. Nauka z dźwiękami ulubionego serialu w tle, rozwiązywanie zadania domowego w czasie lekcji, odpisywanie na maile połączone z rozmawianiem przez telefon, co tu dużo mówić czas to pieniądz… Sama nie raz uległam tej słodkiej pokusie i mogę się założyć, że nie tylko ja. Zresztą wcale nie muszę się zakładać, bo to wszystko pokazują badania (Anderson i Jiang 2018).


Jeszcze kilka lat temu multitasking był uznawany za umiejętność bardzo pożądaną. Był bardzo modnym terminem określającym człowieka sukcesu, pracownika idealnego, będącego w stanie wykonywać kilka zadań na raz i tym samym bardziej produktywnego i wydajnego niż zwykli śmiertelnicy skupiający się tylko na jednym. Dorastając z tym ideałem uważałam multitasking za pewien ideał efektywności. Tymczasem okazuje się, że wcale nim nie jest, a diabeł tkwi w szczegółach.


Pokolenie dzisiejszych nastolatków określane jako Gen Z okazuje się być szczególnie skłonne do multitaskingu, głównie ze względu na nieustannie towarzyszące nam zdobycze techniki – platformy streamingowe i media społecznościowe. Myślę, że mówiąc o multitaskingu, szczególnie w kontekście produktywności, warto rozgraniczyć dwa rodzaje. Pierwszy – nazwijmy go klasycznym – polega na wykonywaniu dwóch zadań w tym samym czasie, drugi z kolei – multitasking w wykonaniu Gen Z – na realizowaniu zadania z rozpraszaczem w tle.

Multitasking klasyczny

Możemy go uznać za świętego Graala produktywności, każdy chciałby go osiągnąć, ale nikomu się to nie udało. Okazuje się, że wykonywanie kilku zadań na raz jest w gruncie rzeczy ułudą, bo nasze mózgi potrafią się skupić tylko na jednej czynności na raz. W efekcie są zmuszone bardzo szybko przenosić skupienie z jednej rzeczy na drugą („Cognitive and Productive Costs of Multitasking” 2021). Ciągłe przenoszenie uwagi sprawia, że dużo szybciej się rozpraszamy, niektórzy naukowcy wskazują wręcz, że może istnieć związek między multitaskingiem, a ogólną skłonnością do rozproszeń(Moisala i in. 2016). W każdym razie pewnym jest, że wykonywanie kilku zadań na raz zmusza do ciągłego wdrażania się w nie na nowo, co jest bardzo męczące dla mózgu.


Robienie kilku rzeczy na raz wpływa również na szybkość ich realizowania. Wbrew intuicyjnemu założeniu, że multitasking może zapewnić szybsze wykonanie postawionych przed nami zadań, przyczynia się do zwolnienia tępa pracy. Jest to związane ze zwiększeniem wysiłku intelektualnego, do którego zmusza ciągłe przenoszenie uwagi(„Multicosts of Multitasking” b.d.).


Kolejny skutek uboczny multitaskingu jest już bardziej intuicyjny. Wykonując kilka zadań na raz jesteśmy dużo bardziej skłonni do popełniania błędów. Żonglując zadaniami łatwo wytrącamy się z rytmu i po prostu męczymy, w związku z czym nietrudno się domyślić, że będzie to sprzyjało pomyłkom. Mózg w pewnym momencie przestaje być pewny, które zadanie ma realizować.

Multitasking w wykonaniu Gen Z

Temu rodzajowi mutlitaskingu towarzyszą wszystkie wspomniane powyżej wyzwania. Zasadniczą różnicą jest jednak to, że celem nie jest zwiększenie produktywności, a…no właśnie co? Osłodzenie nieprzyjemnego zajęcia? Umożliwienie sobie bycia na bieżąco z najnowszymi serialami przy jednoczesnym realizowaniu zadań?


Momentem, w którym ten rodzaj multitaskingu na dobre zagościł w naszych życiach była pandemia. Zdalna lekcja i gotowanie obiadu? Czemu nie. Wykład umilany scrollowaniem Instagrama czy graniem? Bardzo chętnie.

Pandemia się już skończyła, a przynajmniej tak powiedzieli politycy, ale złe nawyki pozostały.

Czy taki multitasking jest jednoznacznie niekorzystny? Tak. Czy musimy z niego rezygnować? Powinniśmy. Czy zrezygnujemy? Pewnie nie do końca.


Oglądanie w tle serialu i inne tego rodzaju zachowania są niekorzystne, ale czasami naprawdę ułatwiają sięgnięcie po zeszyt i zaczęcie nauki. Wydaje się, że kluczem jest więc zdawanie sobie sprawy ze wszystkich minusów takiego zachowania, niekończenie stu procentowe wykluczanie go.

Źródła:
Anderson, Monica, i Jingjing Jiang. 2018. „Teens, Social Media and Technology 2018”. Pew Research Center: Internet, Science & Tech (blog). 31 maj 2018. https://www.pewresearch.org/internet/2018/05/31/teens-social-media-technology-2018/.
„Cognitive and Productive Costs of Multitasking”. 2021. Verywell Mind. 31 lipiec 2021. https://www.verywellmind.com/multitasking-2795003.
Moisala, M., V. Salmela, L. Hietajärvi, E. Salo, S. Carlson, O. Salonen, K. Lonka, K. Hakkarainen, K. Salmela-Aro, i K. Alho. 2016. „Media Multitasking Is Associated with Distractibility and Increased Prefrontal Activity in Adolescents and Young Adults”. NeuroImage 134 (lipiec): 113–21. https://doi.org/10.1016/j.neuroimage.2016.04.011.
„Multicosts of Multitasking”. b.d. Dana Foundation (blog). Dostęp 31 maj 2022. https://dana.org/article/multicosts-of-multitasking/.

Skip to content