emiliadanczak

28 października 2025

Z Młodzieżowej Rady Gminy do Amerykańskiego Kongresu — wywiad z Martą Gajdą

Aktualności

Emilia Dańczak, Szkolna Giełda Pracy: Jak zaczęła się Twoja działalność społeczna, bo towarzyszy Ci już od bardzo dawna? Marta Gajda: Czasami śmieje się, że to jest prehistoryczna historia, bo mam wrażenie, że od kiedy jestem świadomym człowiekiem, czyli gdzieś tak od czasów gimnazjum. Na początku w szkole zaczynało się robić różne zbiórki, zbierało się nakrętki, […]

Emilia Dańczak, Szkolna Giełda Pracy: Jak zaczęła się Twoja działalność społeczna, bo towarzyszy Ci już od bardzo dawna?

Marta Gajda: Czasami śmieje się, że to jest prehistoryczna historia, bo mam wrażenie, że od kiedy jestem świadomym człowiekiem, czyli gdzieś tak od czasów gimnazjum. Na początku w szkole zaczynało się robić różne zbiórki, zbierało się nakrętki, organizowało się występy charytatywne, czyli takie naprawdę małe akcje. W szkole podstawowej i gimnazjum było tego sporo. 

Kiedy zaczęłam być trochę bardziej świadoma, mając kilkanaście lat, postanowiłam z grupką znajomych, że chcielibyśmy mieć miejsce, w którym będziemy mogli się rzwijać i robić różne projekty. Zaczęliśmy od założenia Młodzieżowej Rady Gminy. Wtedy takich rad nie było dużo. Jeśli już to raczej były to głównie rady działające przy miastach, które nie działały też tak prężnie jak dziś i były mniej ustrukturyzowane prawnie.

Radę zakładaliśmy razem z grupką znajomych i co ważne przy pomocy nauczycieli. Lubię zawsze to podkreślać, bo mieliśmy bardzo duże wsparcie nauczycieli i wsparcie instytucjonalne szkoły. Dzięki temu mieliśmy osoby starsze, których mogliśmy się doradzić. Na początku nie zależało nam zupełnie, żeby forma była instytucjonalna, chcieliśmy mieć po prostu przestrzeń, w której moglibyśmy się spotkać i razem działać. Zależało nam, żeby wyjść poza ramy szkoły, bo byliśmy z różnych miejscowości, a chcieliśmy działać razem, bo przecież czym będzie nas więcej, tym będzie nam łatwiej. Zaczynaliśmy od małych, zupełnie prozaicznych działań, zbieranie nakrętek, organizowanie eventów w szkole… Doszliśmy do wniosku, że tak dobrze nam się to robi, że chcielibyśmy to rozwijać. Nie było tak, że ktoś przyszedł i powiedział „zróbcie sobie młodzieżową radę, bo będziecie mieć prestiżowe stanowisko”. Chcieliśmy po prostu wyjść poza ramy samorządu szkolnego. Później rada powstawała przez około dwa lata, były różne konsultacje, rozmawialiśmy z wójtem, z radnymi. Krok po kroku się to rozwijało, a my na każdym etapie mieliśmy wsparcie szkoły i nauczycieli.  

Mniej więcej w tym samym czasie, może trochę wcześniej, powstał młodzieżowy sejmik województwa śląskiego , więc najpierw działaliśmy w ramach młodzieżowej rady, później w sejmiku, gdzie projekty były już poważniejsze. Tam był budżet, były starsze osoby, licealiści i studenci, więc w moim przypadku było tak, że wszystko rozwijało się naturalnie wraz z rozwojem rad i organizacji wspierających. Teraz jest dużo więcej osób, które można dopytać, jest więcej przestrzeni, możliwości. 

ED: Jak właściwie zrodził się pomysł młodzieżowej rady? Tak jak mówiłaś te już kilka lat temu nie było to jeszcze tak powszechne i oczywiste, więc skąd pomysł? 

Marta Gajda: Wydaje mi się, że to też było tak, że trochę jeździliśmy ze znajomymi i porozmawialiśmy z różnymi osobami z województwa śląskiego, jak to działało w Katowicach, Gliwicach, Jastrzębiu, czy Bielsku. W naszym powiecie w ogóle takiego organu nie było i zainspirowaliśmy się kolegami z innych miast. 

Faktycznie było to trudne, szczególnie dużym wyzwaniem było przekonanie dorosłych, którzy byli bardzo sceptycznie nastawieni. My byliśmy dzieciakami z gimnazjum, a koncept Młodzieżowych rad raczej był licealny. Problemem było zaufanie nam, bo rzeczywiście byliśmy młodsi i przede wszystkim to, że to było coś nowego. Jak coś jest nowe, niesprawdzone i nie do końca była możliwość z kimś tego skonsultować, łatwo jest więc o lęk wśród osób starszych. Co jak będą same problemy, co jak oni wrzucą na Facebooka coś, z czego potem trzeba będzie się tłumaczyć itd., itd. 

Tak już podsumowując, dowiedzieliśmy się o istnieniu całej idei od różnych osób z ościennych miejscowości i pomyśleliśmy, że to, że jesteśmy z małej miejscowości, to wcale nie oznacza, że u nas nie może tak być .  Może będzie działało na trochę innych zasadach, może będą młodsze osoby, będziemy robić mniejsze projekty, ale i tak warto! Dalej poszło już samoistnie, trochę nas szkoła popchnęła, trochę nauczycielki nas motywowały. Krok po kroku doszliśmy też na przykład do tego, że fajnie byłoby doradzać też w różnych uchwałach. Stopniowo rozwijaliśmy się i pojawiały się nowe wyzwania. Na przykład problem miejsca spotkań, bo przecież gdzieś trzeba było się spotykać, a też koncept pracy zdalnej był wtedy dużo mniej powszechny. 

Trochę samo przyszło, trochę nam zależało na tym, żeby móc się jakoś sprzedać, żeby móc docierać do różnych osób, ale też, żeby zaangażować dzieciaki z różnych miejscowości, z każdej szkoły, nie tylko te osoby, które my znamy. To faktycznie się sprawdzało i… sprawdza się do teraz. Ten statut, który był pisany przez Martę lat 15, nadal jest. Wiadomo, że jest też zmieniany, bo same przepisy się zmieniają, ale zarys cały czas istnieje. To jest fajne, że coś, co stworzyliśmy, dalej funkcjonuje, bo pokazuje, że było potrzebne i spełnia swoją rolę. Dalej są dzieciaki, które się zgłaszają i pchają ten wózek do przodu. 

ED : Jak było z tym wsparciem dorosłych? Mówiłaś, że mieliście duże wsparcie od nauczycieli, a jak było z pozostałymi? Łatwo było ich przekonać?

Marta Gajda : Wiesz co, nie pamiętam, żeby był jakiś bardzo duży problem. Wiem, że to bardzo długo trwało. Odwiedziliśmy każdą ze szkół, a szkół w całej gminie było kilka. Rozmawialiśmy z każdym dyrektorem, z nauczycielami, z uczniami, sprzedawaliśmy ten pomysł. Nie spotkałam się z tekstem „nie robimy tego” wśród dorosłych, raczej spotykałam się z wątpliwościami „może jeszcze zastanówcie się”, „a pomyślcie jeszcze”. Tak trochę, żebyśmy odpuścili, ale to też były jednostkowe przypadki. Cała rada gminy nie przegłosowała tej uchwały jednomyślnie, ale dostaliśmy tę szansę i zaufali nam. Fakt faktem, że zrobiliśmy referendum w szkołach, chcieliśmy pokazać, że nam zależy i jesteśmy poważnymi, „dorosłymi” osobami. 

Częściej niż z brakiem zaufania dorosłych, spotykaliśmy się z powątpiewającymi głosami rówieśników. Były osoby, które potrafiły mi przyjść i powiedzieć, że „to beznadziejny pomysł”. Może nie spotkałam się z takim sensu stricte hejtem rówieśniczym, ale docierały do nas głosy „co oni znowu wymyślili”. Trzeba było działać dwutorowo – nie tylko przekonać dorosłych, ale też naszych znajomych. Zależało nam nie tylko na tym, żeby rówieśnicy dali nam szansę, ale też, żeby zachęcić ich do współpracy. Chcieliśmy, żeby Rada była dla całej gminy, nie tylko dla naszych znajomych ze szkoły, żeby reprezentowani byli ludzie z różnych miejscowości. Było to dla nas bardzo istotne, bo na przykład kiedy składaliśmy do gminy pisma w sprawie autobusów i komunikacji miejskiej, ja mieszkając w miejscowości A, nie miałam pojęcia, czego potrzebują osoby z miejscowości C.

Z czasem byliśmy coraz bardziej angażowani w procesy decyzyjne. Przykładowo kiedy budowany był plac zabaw, dostaliśmy zaproszenie na konsultacje, braliśmy udział w posiedzeniach komisji, które nas dotyczyły.  Mieliśmy swoją stronę w Biuletynie Informacji Publicznej, zamieszczaliśmy tam porządki obrad… Wtedy tak o tym nie myślałam, ale osoby, które były w pierwszej kadencji w radzie, startowały w ostatnich wyborach samorządowych do dorosłej rady. Dla mnie to był duży sukces. Osoby, z którymi działałam, wyszły z rady z potrzebą działania dla lokalnej ojczyzny i niezbędną wiedzą, bo w radzie każdy umiał napisać porządek obrad, wiedział, jak wygląda sesja, potrafił dyskutować, brał przede wszystkim też udział w tych procesach, więc wiedział, że spotykają się komisje itd. Co też bardzo ważne po doświadczeniu rady, osoby, które w niej były, nie bały się wyjść i działać, robić coraz to większe projekty. 

ED : Masz wrażenie, że to, że zakładaliście radę w małej miejscowości, było bardziej wyzwaniem, czy może dawało szansę do stworzenia czegoś nowego po swojemu i na własnych zasadach?

Marta Gajda : Właściwie to nawet w ramach Młodzieżowej Rady robiliśmy kiedyś kongres „Czy na wsi znaczy gorzej? Jak rozwijać się nie mieszkając w mieście?”. Ja jeszcze lata temu spotykałam się z głosami, że jesteśmy ze wsi, więc mamy gorzej, mamy mniejsze możliwości… wiadomo, teraz jest Internet, wiele działań jest prowadzonych online, więc świat się trochę zmienił, ale na tamte czasy faktycznie czuliśmy się gorzej. Ja czułam, że np. nie mogę iść na lekcje chińskiego, bo jest tylko język angielski (a i tak super, że w ogóle był)… więc faktycznie czuliśmy się gorsi. W pewnym momencie przyszło nam jednak do głowy, że można by spróbować zrobić z tego atut, pokazywać to jako super moc, jako inne spojrzenie, głos, który może wnieść coś nowego do dyskusji, ma doświadczenie w takich sprawach jak np. wykluczenie komunikacyjne. 

Sama młodzieżowa rada była i dla mnie, i dla wielu innych osób czymś, co dodało nam wiatru w żagle, pierwszym impulsem, który pokazał nam, że można więcej. Początkowo nie myśleliśmy przecież, że robimy to, żeby potem się tym chwalić, opowiadać to, tak jak na przykład ja teraz opowiadam tobie. To jest niesamowite, ile czasami można zyskać, dzięki tak małej rzeczy. 

ED : Myślisz, że doświadczenie Młodzieżowej Rady wpłynęło na wybór prawa jako przyszłego kierunku studiów?

Marta Gajda : Wiesz co, nie wiem. Czy to tak bezpośrednio wpłynęło? Wydaj mi się, że nie, bo też ja jestem jedyną osobą z naszej Młodzieżowej Rady, która taką ścieżkę wybrała. 

Wydaje mi się, że w moim przypadku to był bardziej wielotorowy proces – brałam udział w różnych konkursach z Wiedzy o Społeczeństwie… Na pewno po doświadczeniach, które miałam, było mi łatwiej i do teraz jest. Na trzecim roku miałam egzamin z samorządu terytorialnego i ja naprawdę bardzo dużo na ten egzamin wiedziałam, dzięki temu, co robiłam w młodzieżowej radzie. Wiedziałam, jak np. funkcjonuje zarząd województwa itd. Dla mnie to były oczywiste rzeczy, a okazało się, że dla większości wcale tak nie jest. Nawet zagadnienia jak prawo konstytucyjne były dla mnie łatwiejsze, bo przecież nawet nasze małe uchwały musiały być zgodne z prawem obowiązującym, doradzano nam, mieliśmy spotkania z prawnikami. Było mi na pewno łatwiej, ale nie wpłynęło to na wybór prawa. 

ED : Jak łączysz studia z działaniami społecznymi? Przecież ciągle jest ich bardzo dużo, a prawo nie należy do najłatwiejszych kierunków.

Marta Gajda : Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo uważam, że jeśli robi się rzeczy, które się lubi, to jest trochę jak rozrywka. Ja traktuję wszystkie swoje działania społeczne, studenckie, wolontariackie, jako formę spędzania wolnego czasu. Niektórzy chodzą na siłownię, czy oglądają Netflixa, a ja staram się iść w projekty, które czuje i które „dają mi fun”. Tak jak w gimnazjum miałam fun, zbierając nakrętki, tak teraz sprawia mi przyjemność robienie projektów. Dzisiaj już w trochę większej skali, ale nadal jest to ten sam schemat. Po prostu lubię to robić. Poza tym widzę, że to działa, jest fajne, potrzebne. 

Prawda jest taka, że jest tych rzeczy troszkę więcej, niż było, ale pomagają mi takie banały, jak dobra organizacja czasu – staram się go wykorzystywać na 100%. Poza tym jeśli studiuje się to, co się lubi, to studia też nie są aż tak męczące i można się poświęcić różnym rzeczom. Kluczem jest robienie tego, co się czuje. 

Działalność społeczna to też przede wszystkim super ludzie. Możesz pracę rozdzielić na kilka osób, dzisiaj można też spotykać się zdalnie. My nasze wszystkie projekty na początku robiliśmy właściwie tylko face to face. Mój brat chodził grać w piłkę z kolegami, a ja chodziłam robić projekt społeczny. Były fajne osoby, było coś, co sprawiało nam dużo frajdy, a to, że to doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym jestem, to właściwe przypadek. 

ED : Efekt kuli śnieżnej?

Marta Gajda : Zdecydowanie, teraz jest tak, że ktoś do mnie napisze, ja też mam dużo swoich pomysłów. 

ED : A co doradziłabyś komuś, kto czuje, że chciałby działać, ale jeszcze nigdy tego nie robił, jest może trochę mniej przebojowy? Jak szukać takich możliwości? 

Marta Gajda : Ja też na początku nie byłam taka przebojowa! To przychodzi z czasem, doświadczeniem. Bardzo różne osoby robią projekty społeczne – introwertycy, ekstrawertycy, osoby bardzo medialne, które uwielbiają udzielać wywiadów i osoby, które za żadne skarby świata, by nie chciały ich udzielać. Wydaje mi się, że przede wszystkim jest to kwestia znalezienia osób, którym też zależy, które też czują ten pomysł i chcą się zaangażować. Po drugie ważne jest znalezienie pomysłu, tego co nas interesuje. Jeśli lubimy sport, to może wolontariat sportowy? Bardzo dużo jest w ogóle wolontariatów – od tych sportowych, po naukowe, przez te społeczne, poświęcone osobom starszym, nakierowane na pieski itd., itd. Tych możliwości jest bardzo dużo i to jest bardzo fajny start, bo jak się wejdzie w środowisko ludzi, którzy robią wolontariat, to łatwo jest się potem też dowiedzieć o kolejnych możliwościach. 

Wszystkie młodzieżowe struktury jak Zwolnieni z Teorii, wolontariaty, nawet te krótsze przy okazji takich wydarzeń jak maraton, stowarzyszenia, samorządy szkolne i studenckie dają możliwość do zrobienia pierwszego kroku. Wszystko zależy od tego, ile chce się poświęcić czasu, co nas interesuje… Bardzo dużo możliwości można znaleźć na grupach na Facebooku, w centrach wolontariatu, na stronach jak Eurodesk… Są nawet organizacje, które działają tylko zdalnie. Nawet zwykłe napisanie do osoby, która działa przy jakimś NGOsie i zapytanie, jak można się zaangażować, będzie dobrym pomysłem. 

ED : Wyszedł prawdziwy rozkład możliwości! Wracając jeszcze do tematu stażu w Kongresie Stanów Zjednoczonych, bo to chyba Twoje najbardziej medialne osiągnięcie – jak to się stało?

Marta Gajda : Nie wiem, nie mam pojęcia, jak to się stało i to jest może dość płytkie, ale ja po prostu zaaplikowałam i uwaga – nie dostałam się za pierwszym razem! Lekcja dla wszystkich – to też jest ok, to też jest element procesu i paradoksalnie bardzo dużo mi to dało. Później, gdy aplikowałam za drugim razem, podczas rozmowy zapytano mnie „co się zmieniło przez ten rok, jak ty się zmieniłaś” i moim bardzo dużym sukcesem było to, że umiałam na to pytanie odpowiedzieć, ale może po kolei. 

Tak naprawdę po prostu zaaplikowałam i opowiedziałam swoją historię, od początków w młodzieżowej radzie, od kongresu „Czy na wsi znaczy gorzej – jak rozwijać się nie mieszkając w mieście?”. Przedstawiłam krok, po kroku swoją historię i to widocznie się spodobało. Udzielając dzisiaj rad osobom aplikującym, zawsze mówię, żeby przede wszystkim być sobą i być szczerym. 

Teraz uczestniczę w całym procesie rekrutacyjnym, mam swój mały udział w wyborze osób, które aplikują, więc mogę z całą pewnością powiedzieć, że to, na co my zwracamy uwagę, to bycie autentycznym, pokazywanie siebie takim, jakim się jest. Wiem, że jak się przeczyta biogramy osób, które w takich konkursach biorą udział, to one są wszystkie bardzo profesjonalne, ale to nie do końca o to chodzi. Tak naprawdę każdy jakiś fajniejszy staż, przybliża nas do sukcesu. Ja za pierwszym razem też zaaplikowałam i dostałam maila „jesteś super, ale…”. Stwierdziłam jednak, że zaaplikuje za drugim razem i bardzo dużo jest takich osób. To uczy, żeby się nie poddawać. Przeglądając swoją aplikację z roku na rok, widzi się, jak się rozwijasz, zmieniasz i jaki się zrobiło progres. Ja faktycznie przez ten rok duży progres zrobiłam.

Potem już tylko zaaplikowałam, przedstawiłam swoją historię, która komuś się spodobała, a ja poleciałam, odbyłam staż i zmieniłam swoje życie. Mówię to zawsze, wszędzie, wszystkim, to była naprawdę zmieniająca życie możliwość. To jak bardzo dużo zyskałam pewności siebie, i językowej, i po prostu obycia, mogłam zobaczyć, jak świat funkcjonuje, bo amerykańska polityka, kongres bardzo różni się od europejskiej polityki. Wcześniej też miałam staż w Parlamencie Europejskimi w Ministerstwie Cyfryzacji, więc bardzo dobrze mogłam sobie porównać polski szczebel, europejski i właśnie amerykański. Dało mi to bardzo dużo zrozumienia. Jak się tam jest, widzi się cały proces, łatwiej go zrozumieć. Dużo rzeczy można też przywieźć do Polski, od prozaicznego życzenia sobie nawzajem zawsze „miłego dnia”. 

Mnie to pokazało przede wszystkim, że nie ma limitu, że Marta ze wsi, normalnego liceum, typowa Marta, mogła wsiąść w samolot i znaleźć się w takim miejscu, rozmawiać z takimi ludźmi… Wierzę, że każdy może robić takie rzeczy, tylko trzeba znaleźć własną drogę. Jak już się taką drogę znajdzie, to potem wszystkie po kolei rzeczy dają poczucie, że sobie poradzisz. Ta odwaga – najpierw odwaga do wyjścia i pozbierania zakrętek, potem buduje odwagę do wyjścia i porozmawiania np. z ważnym politykiem. Gdyby Marta lat 15 nie umiała, a przede wszystkim nie nauczyła się rozmawiać z dorosłymi decydentami na szczeblu gminnym, Marta lat 21 nie umiałaby przekonać komisji rekrutacyjnej. 

ED : Kiedy porównujesz staż w Kongresie Stanów Zjednoczonych ze stażami w Unii Europejskiej, czy w Ministerstwie Cyfryzacji, to widzisz jakieś różnice? 

Marta Gajda : Oczywiście. Przede wszystkim w USA jest zupełnie inny system. Biura kongresmenów liczą wiele, wiele osób. Kongresman jest odpowiednikiem, powiedzmy, posła, ale w biurze 1 kongresmena pracuje z 10 osób, samych stażystów jest trójka, czwórka. W Polsce poseł ma 1,2 w porywach 3 asystentów. Tam kongresman ma tak naprawdę człowieka od każdego ważnego tematu, od edukacji, klimatu, osobnego rzecznika prasowego. Miałam wrażenie, że kongresmani są dużo lepiej przygotowani merytorycznie, właśnie dzięki temu, że tyle osób odpowiada za tę merytorykę. Ja też dzięki temu miałam możliwość rozwijania się w takich obszarach, w jakich miałam potrzebę. Mogłam z tymi osobami rozmawiać, dowiadywać się, atmosfera, która tam panowała była bardzo przyjazna. Mogłam tak naprawdę do każdego podejść i zapytać, czy spędzi ze mną przerwę kawową, żeby przegadać jakiś temat. W Polsce się z aż takim indywidualnym podejściem się nie spotkałam. 

Z kolei w Parlamencie Europejskim jest bardzo międzynarodowa atmosfera. Jest to też świetne miejsce z perspektywy ilości tematów, jakimi można się tam zajmować. Jest też stosunkowo łatwiej dostępny, bo po pierwsze geograficznie jest bliżej, ale też przede wszystkim dlatego, że Unia otwiera stale bardzo dużo staży. Dużo jest staży przy mniejszych agendach, czy NGOsach. Jakiegokolwiek tematu, by sobie nie wymyślić, prawdopodobnie znajdzie się jakaś możliwość. 

Staż w Ministerstwie Cyfryzacji też wspominam bardzo dobrze. Dużo się tam nauczyłam. Będąc tam, wiedziałam już, że polecę do Stanów. W związku z tym pracowałam z przedstawicielstwem Polski przy Unii Europejskiej w Brukseli. To była bardzo fajna praca przede wszystkim dla doświadczenia tego, jak to wygląda, czym się tam zajmują, jak dużo jest departamentów. Miałam też bardzo komfortową sytuację, bo to był staż płatny. Dzięki temu takie staże stają się możliwe dla wszystkich, dla mnie jako osoby spoza Warszawy przyjechanie na bezpłatny staż byłoby niemożliwe. 

Idąc na taki staż, fajnie jest też porozmawiać z osobami, które tam pracują o ich ścieżki kariery, ich historii, to często bardzo doświadczone osoby. Ja bym nie czekała z poszukiwaniem stażu wakacyjnego do 4 roku, tylko szukała takich możliwości jak najszybciej. Sama swój pierwszy staż na 1 roku miałam zupełnie niezwiązany z prawem, bo był to staż w marketingu, ale przy okazji zostałam zaangażowana w różne opinie prawne, projekty… Warto nie bać się i szukać możliwości. 

ED : Masz jakieś rady dla pierwszorocznego studenta prawa, który już niedługo zacznie swój pierwszy semestr na studiach?

Marta Gajda : Żeby studiować, ale żeby też robić sobie miejsce na inne rzeczy. Korzystać z kół naukowych, poznawać profesorów, szukać staży – może w sądzie, może w kancelarii, ale być otwartym też na opcje mniej standardowe, fundacje, urzędy, ambasady, konsulaty, to wszystko miejsca, w których można zdobyć wiedzę, ale też, co ważne umiejętności miękkie. 

Ważne też, by się nadmiernie nie stresować, to jest czas, który można bardzo fajnie wykorzystać i zrobić sobie trampolinę, do tego, żeby później robić naprawdę duże rzeczy. Potem przychodzi efekt kuli śnieżnej i z każdym kolejnym projektem jest coraz łatwiej. Lęk i obawa zawsze będą, ale ważne, by nie dać się sparaliżować. I nie bać się wyjść poza schemat, robić to, co czujesz. Warto też dużo rozmawiać z ludźmi, bo można się od nich naprawdę wiele nauczyć – i od rówieśników, i od kilka lat starszych kolegów i koleżanek, ale też od innych osób na uczelni. Uczelnia jest tak naprawdę kopalnią możliwości, z których wydaje mi się, wcale nie tak dużo osób korzysta.

Sfinansowane ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Unia Europejska ani podmiot udzielający dotacji nie ponoszą za nie odpowiedzialności.

Skip to content