Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
ROZUMIEM

Studia w Korei

Jeśli jesteś zainteresowany studiami za granicą mogą Cię zainteresować różwnież rozmowy na temat studiów w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Na początku chciałabym się zapytać co dokładnie i gdzie dokładnie studiujesz?

Ja studiuję w Seulu na Hangcock University of Foreign Studies. Jestem na kierunku International Economics and Law.

Dlaczego zdecydowałaś się na studia w Korei?

Od jakiegoś czasu, nawet jeszcze będąc w Polsce, byłam zainteresowana kulturą azjatycką. Po liceum chciałam zrobić gap year w Stanach Zjednoczonych, ale przez sytuację związaną z covidem i to, że nie było wiadomo czy i kiedy granice zostaną otworzone, mój plan legł w gruzach. Postanowiłam, że zaaplikuję na studia i stwierdziłam, że czemu by nie spróbować w Korei na przykład. Korea jest przecież znana z tego, że ma edukację na bardzo wysokim poziomie.

Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „studia międzynarodowe Korea” wyświetlił mi się mój uniwersytet, miał bardzo dobre opinie i wyglądało na to, że byłabym w stanie się tam dostać. Praktycznie od razu zaczęłam zbierać dokumenty i w styczniu dostałam informację, że się dostałam.

Wystarczyła Ci polska matura, czy potrzebne były jeszcze np. jakieś certyfikaty?

Nie, oni ode mnie wymagali właściwie tylko matury, ocen końcowych z liceum. Wymagali też certyfikatu z języka angielskiego, chcieli, żeby to był albo IELTS albo TOEFL, a ja miałam CAE. Złożyłam papiery z CAE, ale dostałam informację, że nie przedstawiłam certyfikatu językowego. Napisałam, że zdałam CAE, który jest równie dobry co IELTS, na co dostałam odpowiedź, że akceptują tylko IELTS i TOEFL, ale w takim razie będę musiała mieć z nimi wywiad. No więc miałam, dzień po świętach, bo tam się Świąt Bożego Narodzenia nie obchodzi. Z dokumentów to by było na tyle. Nie musiałam składać żadnych certyfikatów dotyczących języka Koreańskiego, bo mój kierunek teoretycznie powinien być prowadzony w języku angielskim, nie zawsze tak jest, ale to już inna sprawa.

A jakie widzisz różnice między polskim systemem nauczania, studiowania przede wszystkim a tym koreańskim?

Jest zdecydowanie inaczej. Jest inny system oceniania, w Polsce mamy z góry wyznaczone od ilu procent jest jaka ocena, w Korei jest comparative system więc osoba z najwyższą oceną wyznacza jakby 100%. Tylko 30% najlepszych osób może dostać A, 30% może dostać B, dalej C, D i ktoś musi dostać Fail. Dwie osoby mogą dostać różną liczbę punktów, ale tę samą ocenę na podstawie tego na przykład jak bardzo się starali na danym egzaminie, czy na przykład podjęli jakąś próbę, czy po prostu oddali pustą kartkę. To jest jedna rzecz. Druga to bardzo duży nacisk, który kładziony jest tu na naukę. W Korei popularne są na przykład czynne 24 godziny na dobę kafejki, które są przeznaczone stricte do uczenia się. Ja też w takich kafejkach byłam i na przykład o 2:00 w nocy nadal 90% miejsc jest zajętych, już nie mówiąc o okresie midterms i finals. Na studiach Koreańczycy i tak sobie trochę odpuszczają, bo dla nich i dla ich rodzin najważniejsze jest to, żeby dostać się na jak najlepszy uniwersytet. Od tego momentu oceny są nadal bardzo ważne, ale nie aż tak. Wcześniej normalne jest to, że na przykład dwunasto-, czternastolatkowie idą do szkoły, a po niej idą do czegoś co się nazywa Hagwon (학원) i to jest taka „szkoła po szkole”. My też mamy co prawda zajęcia dodatkowe, ale postrzegane są one raczej jako rodzaj hobby, a oni chodzą tam po to, żeby się po prostu nadal uczyć. Potrafią tam siedzieć do 11, 12 w nocy.

Przez tak duży nacisk na naukę, z tego co wiem, ale nigdy nie sprawdzałam jakoś bardzo dokładnie tych danych, w Korei jest największy odsetek samobójstw wśród młodzieży.

Widzisz to wśród swoich rówieśników na studiach? Są bardzo przytłoczeni przez naukę, czy raczej po prostu przyzwyczajeni do dużego obciążenia?

To znaczy ja mam w większości zagranicznych znajomych i to w dużej części z Europy więc mamy w dużej mierze podobne doświadczenia. Jeśli chodzi o moich koreańskich znajomych to jest różnie. Mam jedną koleżankę, która rzeczywiście się bardzo przykłada do nauki, ale mam też kolegę z Korei, który już dużo mniej się przykłada więc to po prostu bardzo zależy. Są bardzo różne podejścia do studiowania.

Jakie widzisz zalety studiowania w Korei?

Nie do końca wiem jak wygląda studiowanie w Polsce, bo nigdy nie brałam tego pod uwagę. Na pewno bardziej podoba mi się życie w Korei. Chociażby z tego powodu, że czuję się tutaj dużo bezpieczniej. W Polsce bałabym się o 2:00 w nocy iść sama przez miasto, a tu się nie boję, między innymi przez to, że poziom przestępczości w Korei jest bardzo niski. Całe miasto jest też monitorowane.

Dużo rzeczy jest też bardzo usprawnionych. Widać to na przykład po klimatyzacji, która jest wszędzie, w transporcie miejskim, w metrach, w busach, we wszystkich kafejkach, wszędzie.

Jak się tam studiuje i żyje w Korei Tobie, jako imigrantce?

Na pewno dużo osób na ulicach po prostu się na mnie patrzy i nie postrzegam tego ani w sposób negatywny, ani pozytywny, po prostu szczególnie osoby starsze nie miały za dużego kontaktu z osobami o nie koreańskim, czy nawet nie azjatyckim typie urody. Dużo osób często, jeżeli gdzieś wychodzę na miasto mówi, że jestem śliczna, bo mam dość jasną cerę i blond włosy.

To co było dla mnie na pewno trudne to formalności. Przyjeżdżając do Korei trzeba mieć wizę studencką, ale jest ona dosłownie potrzebna tylko do samego wjazdu do kraju. Potem wizę trzeba wymienić na coś co nazywa się ARC, to znaczy teraz nazywa się chyba tylko RC, bo rozwinięcie tego skrótu to Alien Registration Card więc Alien z wiadomych powodów zostało z nazwy usunięte, ale wszyscy nadal mówią ARC. Ja czekałam na tę kartę 2 miesiące, a bez niej mało co można zrobić. Trudno jest dostać koreański numer telefonu, da się to zrobić, ale jest bardzo trudno, nie można założyć konta bankowego, a nie mając koreańskiego konta bankowego nie można zamawiać rzeczy przez Internet, nie można zmawiać jedzenia. To samo z numerem telefonu, bez niego dużo rzeczy nie da się załatwić, ale po uzyskaniu ARC wszystko staje się dużo łatwiejsze i da się bez problemu funkcjonować. Teraz na przykład zmieniam mieszkanie i bez problemu znalazłam agenta, który mówi po angielsku.

Są też niestety miejsca, na przykład kluby, bary, do których jako osoba nie z Korei nie zostałabym wpuszczona. Może jeśli poszłabym z jakimś Koreańczykiem, wtedy tak, ale idąc np. z koleżanką z Niemiec, nie zostałybyśmy wpuszczone.

Jaki był Twój największy szok kulturowy?

Bardzo trudno mi powiedzieć, bo ja byłam w całą kulturę Korei dość mocno zanurzona zanim do niej przyjechałam. Na większość rzeczy byłam przygotowana. Co mnie bardzo zdziwiło, to jest bardzo mała rzecz, to to, że wszyscy uwielbiają chodzić w klapkach. Jedną rzeczą, która mi przeszkadza jest to, że kobiety powinny się przysłaniać u góry, nie powinny odkrywać ramion, ani dekoltu, nawet małego. Można nosić bardzo krótkie spódniczki, ale od góry należy być przykrytym. Było to dla mnie o tyle trudne, że większość bluzek jakie ze sobą przywiozłam to były topy.

Jakie są koszty studiowania w Korei?

Moje studia są płatne na pewno dlatego, że studiuję na prywatnym uniwersytecie więc nie wiem, jak to wygląda na uniwersytetach publicznych. Ja płacę w przeliczeniu niecałe 14 tysięcy złotych na semestr.

Zdecydowałabyś się na studia w Korei jeszcze raz?

Zdecydowanie tak, ale nie wiem czy na ten sam uniwersytet. Ten uniwersytet jest bardzo znany z exchange students i kursu językowego z koreańskiego i rzeczywiście dla tych osób są bardzo pomocni i otwarci, ale już dla studentów międzynarodowych studiujących tu pełne 4 lata, nie tak bardzo. Jak mamy jakieś problemy sami musimy sobie z nimi poradzić, o wielu rzeczach nam nie mówią i dowiadujemy się o nich dopiero po jakimś czasie. Tak jak mówiłam, mój kierunek powinien być w całości po angielsku, a przynajmniej 4 przedmioty, które są wymagane do ukończenia studiów, są po koreańsku. Wiem, że jeden z nich – ekonomię, będę mogła mieć po angielsku, ale znaczy to tyle, że egzamin będę mieć po angielsku, a wszystkiego będę musiała nauczyć się po prostu sama. Profesor powiedział mi, że on może zapewnić mi filmiki, które znalazł w Internecie, ale muszę całą resztę ogarnąć sama… Moim błędem był na pewno za mały research na temat uniwersytetów w Korei, aplikując po prostu nie do końca liczyłam się z tym, że się dostanę, a jak się dostałam to już było za późno. Teraz na pewno bardziej bym się rozejrzała za różnymi opcjami, ale samą Koreę na pewno bym jeszcze raz wybrała.

Planujesz zostać w Korei po skończeniu studiów?

To niestety zależy. Jeśli nie będę umieć mówić całkiem płynnie po koreańsku będzie mi bardzo trudno dostać tu pracę. Tutaj generalnie trudno jest znaleźć zatrudnienie osobom z zagranicy. Na pewno łatwiej jest, jeśli powie się, że ma się na przykład męża z Korei, bez tego jest trudno, nie jest to niemożliwe, ale jest trudne.

Praca w NGO od podszewki

Czym zajmuje się Mapa Karier?

Klaudia Stano, Mapa Karier: Mapa Karier to strona internetowa (mapakarier.org), poprzez którą przybliżamy młodym ludziom współczesny rynek pracy. Publikujemy opisy różnorodnych ścieżek kariery, tych mniej i bardziej znanych. W sumie jest ich już niemal 700. Ostatnio dodaliśmy do naszej bazy m.in. optometrystkę, moderatora treści internetowych i specjalistę przetwarzania odpadów promieniotwórczych.

W opisie każdego zawodu tłumaczymy, czym na co dzień zajmuje się przedstawiciel danej branży i jakie powinien mieć kompetencje. Wskazujemy też, jak może wyglądać jego ścieżka edukacyjno-zawodowa.

Oprócz opracowywania opisów zawodów prowadzimy wywiady z przedstawicielami ciekawych branż na kanale YouTube #ZawodowyStream.

Szybko się rozwijamy, więc już za kilka miesięcy pokażemy całkiem nową odsłonę Mapy Karier.

Czym różni się praca w NGO od pracy w innych firmach czy organizacjach?

Dobre pytanie! Na poziomie wykonywanych zadań może nie różnić się niczym, bo w fundacjach potrzebni są specjaliści różnych dziedzin, tak jak w każdej innej organizacji. Gdy spojrzymy na prężne działania największych NGOsów w Polsce takich jak WOŚP czy PAH, stanie się jasne, że ich działania nie byłyby możliwe bez stałych pracowników. Jeśli jednak miałabym wskazać różnice (wcześniej pracowałam w sektorze prywatnym), to wydaje mi się, że trzeci sektor częściej niż inne przyciąga ludzi, którzy w pracy szukają działania w zgodzie z własnymi wartościami i to jest dla nich większy priorytet niż prestiż pracodawcy czy wysokość zarobków.

Jakie są wady i zalety pracy w takiej organizacji?

Jeśli decydujemy się na pracę w NGO, musimy liczyć się z tym, że nasze zarobki nie będą tak wysokie jak mogłyby być w sektorze prywatnym (organizacje non-profit z definicji nie działają dla zysku).

Dodatkowo, zdarzają się organizacje zatrudniające jedynie w oparciu o umowy zlecenie czy umowy o dzieło. Jest to wynik tego, że część fundacji czy stowarzyszeń na bieżąco pozyskuje środki na działania i nie ma możliwości zaoferowania bezpiecznego zatrudnienia na czas nieokreślony. To oczywiście nie jest reguła, ale warto mieć świadomość, że nie każdy NGO jest w stanie zapewnić stabilne warunki pracy.

Innym aspektem, który dla niektórych może być wadą, a dla innych zaletą, jest to, że organizacje często są niewielkie, co oznacza, że zakres obowiązków bywa szeroki i nieprzewidywalny.

Jest jednak bardzo wiele zalet 🙂 Raporty branżowe oraz moi znajomi z NGOsów wskazują, że najbardziej cenią sobie to, że:

● praca ma głębszy sens i daje wartość otoczeniu;

● współpracownicy są pełni zaangażowania;

● panuje swobodna i nieformalna atmosfera;

● mogą realizować własne pomysły.

Czy praca w NGO jest tylko dla kogoś dla kogo ważna jest „idea” czy może być po prostu „zwykłą” pracą?

Zdecydowania może to być „tylko” zwykła praca i sposób na utrzymanie się. Z moich doświadczeń jednak wynika, że większość osób w trzecim sektorze przynajmniej minimalnie utożsamia się z ideą organizacji, dla której pracuje. I to jest moim zdaniem bardzo pozytywne, że praca w NGO może być zarówno zwykłą pracą zarobkową, jak i pracą dla idei, z której będziemy dumni.

Jednocześnie nie zapominajmy, że zwykła praca dla idei jest również możliwa w sektorze publicznym (np. jeśli ktoś chce podwyższyć komfort życia lokalnej społeczności i pracuje w urzędzie miasta) czy prywatnym (np. jeśli dla kogoś ważne jest zdrowe odżywianie i znajdzie pracę w firmie produkującej batony z naturalnych składników). Nie chciałabym sprawić wrażenia, że jeśli ktoś chce pracować zgodnie z własnym systemem wartości, to odnajdzie się tylko w trzecim sektorze. Zdecydowanie nie. Sektor pozarządowy jest jedną z opcji.

Są jakieś szczególne kompetencje, które należy posiadać myśląc o pracy w NGO?

Wskazanie jednego zestawu kompetencji jest niemożliwe, ponieważ to zależy od stanowiska, na które aplikujemy. Organizacje prowadzą rekrutacje na specjalistów wielu różnych dziedzin. Często poszukiwanymi pracownikami są koordynatorzy projektów, fundraisers, specjaliści komunikacji, pracownicy biurowi, księgowi, trenerzy, terapeuci. Bardzo polecam wizytę na stronie ogloszenia.ngo.pl i przejrzenie ostatnich ogłoszeń, bo to da nam dobry pogląd na trzeci sektor i jego różnorodność.

Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że gdy my prowadzimy rekrutację w fundacji, szukamy osób, które, oprócz konkretnych umiejętności, podzielają wartości naszego zespołu oraz zamiłowanie do edukacji. Kluczowe są dla nas również: gotowość do nauki, elastyczność, otwartość, dobra komunikacja i otwartość na informację zwrotną.

Czy są jakieś kroki, które można przedsięwziąć już w liceum, żeby ułatwić sobie znalezienie pracy w przyszłości? Jakie doświadczenia/kompetencje ułatwią znalezienie pracy w III sektorze?

Zdecydowanie można! Polecam angażować się w różne dostępne projekty wolontariackie i społeczne, ale również inicjować własne, bo to pokazuje naszą proaktywność i przedsiębiorczość. Takie doświadczenia będą ogromnym plusem, szczególnie jeśli wiemy, czego się dzięki nim nauczyliśmy.

Warto też pogłębiać wiedzę o tym, co nas interesuje. Przykładowo, jeśli interesuje nas ekologia, uczymy się o niej i interesujemy nowinkami, będzie nam łatwiej zdobyć pracę w organizacji z tego obszaru.

Jeśli rozważamy pracę w trzecim sektorze, jeszcze w liceum poszukajmy stażu lub wolontariatu w organizacji pozarządowej, nawet krótkoterminowego. Istnieje wiele możliwości zaangażowania się stacjonarnego (w lokalnie działającej organizacji) lub online (np. poprzez portal TuDu.org czy Szkolna Giełda Pracy).

Tak naprawdę każde doświadczenie rozwijające nasze kompetencje pracy zespołowej i prowadzenia projektów będzie cenne. Warto próbować, próbować i jeszcze raz próbować. Im więcej się dowiemy o sobie będąc jeszcze w szkole, im więcej błędów popełnimy i wniosków wyciągniemy, tym lepiej.

Jeśli przeczytałeś cały artykłu, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pozwala nam się rozwijać.

ABC wolontariatu za granicą

Czym się zajmujecie jako organizacja?

Helena Podlešáková Leszczyńska, YoWo Poland: Koncentrujemy się przede wszystkim na promowaniu projektów międzynarodowych, edukacji pozaformalnej i komunikacji międzykulturowej. Naszym głównym zadaniem jest tworzenie projektów międzynarodowych. Operujemy głównie w programie Erasmus Plus.

Tworzymy projekty jako organizacja przyjmująca, to znaczy, że składamy wnioski tutaj w Polsce i organizujemy projekty na terenie Polski, ale także partnerujemy w projektach zagranicznych – wysyłamy uczestników i uczestniczki z Polski na krótkoterminowe projekty za granicę. Zajmujemy się głównie wymianami młodzieży – Youth Exchange i szkoleniami, czyli Training Course. Partnerujemy również w większych projektach – akcji drugiej Erasmusa, obecnie między innymi w projekcie dotyczącym grywalizacji i tworzenia gier edukacyjnych. Organizujemy też różne aktywności online i lokalne, ale to wszystko jest w dużo mniejszej skali niż projekty międzynarodowe.

Jak to się stało, że wpadliście na pomysł takiej fundacji i przeszliście od uczestników do organizatorów takich wydarzeń?

H.L.: Myślę, że to była chęć robienia efektu powtórnego, żeby inni mogli doświadczyć tego, czego my doświadczyliśmy. Ja na swój pierwszy projekt pojechałam w 2015 roku. Wróciłam wtedy do domu zachwycona, że może istnieć coś tak fajnego, że można poznać ludzi z całego świata, można się tyle dowiedzieć, przeżyć tak niesamowite przygody. Potem jeździłam na kolejne – cały czas jako uczestniczka i w pewnym momencie uznałam, że chciałabym się tym zająć profesjonalnie, tworzyć projekty i umożliwić innym przeżycie tego, co tak bardzo zmieniło moje życie. Udało nam się zebrać grupkę osób, które miały podobne doświadczenia, które chciały szerzyć wiedzę o Erasmusie i przede wszystkim informację, że coś takiego w ogóle istnieje.

Mogłabyś opowiedzieć o swoich początkach związanych z wyjazdami albo o jakimś szczególnym wyjeździe?

H.L.: Tym, co wydaje mi się niesamowite i co widzę u innych, jest to, że każdy wyjazd jest wyjątkowy. Po moim pierwszym wyjeździe miałam poczucie, że już więcej nie chcę jechać, już tłumaczę dlaczego. Wróciłam do domu i pomyślałam „No to było idealne! Nie ma sensu jechać na inny projekt, bo na pewno nie spotkam tak cudownych ludzi jeszcze raz, na pewno nie spotkam tak wspaniałego zespołu”. Potem chęć podróży, chęć poznawania nowych osób zwyciężyła i zdecydowałam się na kolejny wyjazd, na którym zrozumiałam, że projektów nie da się porównywać. Potem wsiąkłam kompletnie.

Co przekonało Cię do pierwszego wyjazdu?

Zaczęło się od chęci podróżowania. Projekty z programu Erasmus, które tworzymy, są w 100% finansowane z funduszy Komisji Europejskiej. Uczestnicy nie muszą za nic płacić, dzięki czemu ten program jest tak włączający. Jeśli ktoś jest tuż po liceum albo w czasie studiów i trudno byłoby mu znaleźć pieniądze na wyjazd do Norwegii albo gdziekolwiek indziej, do kraju, w którym jest jednak trochę drożej niż w Polsce, to można pojechać z takim projektem. Nie płaci się, a zdobywa doświadczenia. Zawsze jest dzień, dwa na zwiedzanie, na odkrywanie miejsca i kultury. Ilości miejsc, które można odwiedzić nie da się zliczyć.

Co dały Ci takie wyjazdy?

H.L.: Z bardzo osobistego punktu widzenia powiedziałabym, że pewność siebie. Podczas projektu jesteśmy grupą osób, które pierwszy raz widzą się na oczy, a musimy nagle razem zamieszkać, pracować ze sobą praktycznie codziennie, to stanowi pewne wyzwanie, ale zawsze towarzyszyła mi pewność, że będę zaakceptowana, że ludzie polubią mnie taką, jaką jestem. Osoby, które poznałam są bardzo otwarte, zainteresowane, chętne, żeby pomóc i wysłuchać. Na projektach tworzy się grupę, w której stajemy się sobie bardzo bliscy. Jednocześnie każdy ma przestrzeń, żeby pokazać siebie.

Z zawodowego punktu widzenia dały mi przede wszystkim pracę. Zaczynając przygodę z projektami byłam w trakcie studiów i nie za bardzo wiedziałam co chcę po nich robić. Każdemu życzę czegoś co czuję teraz – poczucia, że robię coś, co kocham. Widzę tego efekty, widzę, jak ludzie piszą do nas po pół roku po projekcie, który zorganizowaliśmy „Jeszcze raz dziękuję, bo to zmieniło moje życie i naprawdę jestem przeszczęśliwy, że mogłem być/mogłam być na tym projekcie.

Coś co myślę, że dają każdemu to świadome podróżowanie. To nie jest turystyka, to są wyjazdy edukacyjne, które mają w sobie elementy poznawania świata, poznawania różnych kultur. Po pierwsze to, że jedziemy do nowego miejsca daje nam nową perspektywę, ale też to, że musimy mieszkać w 1 grupie z 7, 8, 10 innymi narodowościami. To naprawdę jest szkoła życia. Co w mojej kulturze wydawało mi się oczywiste, dla kogoś innego wcale oczywiste nie jest, to bardzo otwiera głowę na to, że ludzie są różni i to jest okay.

Jaki był największy szok kulturowy, jakiego doświadczyłaś?

H.L.: To był chyba mój drugi projekt, odbywał się na południu Francji, organizatorzy pochodzili z Wysp Kanaryjskich. Ja jako osoba bardziej z północy i stereotypowo przywiązująca wagę do godzin, do tego, żeby być o czasie, żeby wszystko było tak, jak było zaplanowane, na początku bardzo irytowałam się na brak przywiązania do ram czasowych. Potem zrozumiałam, że to jest po prostu inne podejście i weszłam w ten flow i było super. To, że mieliśmy zaczynać o 10:00 znaczyło, że może zaczniemy koło 12:00 albo to, że kolacja miała być o jakiejś konkretnej godzinie, znaczyło, że godzinę później zaczniemy ją szykować. Kiedy człowiek przestaje na siłę zmieniać innych, a zaczyna otwierać się i próbować zrozumieć, że każdy jest inny, wtedy jest dużo, dużo łatwiej.

Jakie są rodzaje wyjazdów?

H.L.: My zajmujemy się głównie Erasmusem i głównie dwoma rodzajami projektów – Wymiana Młodzieży i Kursy Szkoleniowe.

Wymiana Młodzieży to projekt dla osób od 13 do 30 roku życia. My, w naszej organizacji mieliśmy kilka projektów od 14 roku życia, ale było ich zdecydowanie mniej. Większość naszych projektów ma ramy wiekowe 18-30. To są projekty które mają zdecydowany nacisk na wymianę kulturową. Są różne tematy – można pojechać na projekt o ekologii, o równości płci, o sporcie, prawach człowieka itd., ale główny nacisk będzie na to, że jesteśmy osobami z różnych krajów i próbujemy się dogadać pomimo naszych różnic kulturowych i barier językowych. Nie trzeba znać języka angielskiego, możemy się próbować porozumieć na przykład za pomocą gestów. To jest przestrzeń do tego, żeby ćwiczyć, żeby próbować swoich sił w komunikowaniu się z innymi osobami.

Szkolenia z kolei są projektami dla osób od 18 roku życia wzwyż, czyli mogą też przyjść osoby w wieku 30, 40, 50… lat. To jest też bardzo ciekawe doświadczenie pod względem komunikacji między pokoleniami. Większość szkoleń jest po angielsku i trzeba znać ten język na poziomie komunikatywnym. Stawia się większy nacisk na konkretną wiedzę z zakresu danej dziedziny.

Są jakieś alternatywy do Erasmusa?

H.L.: Jak najbardziej. My ich nie organizujemy, ale wielokrotnie tworzyliśmy spotkania edukacyjne, na których o nich mówimy. To, co bym poleciła bardzo to również inicjatywa Komisji Europejskiej – Europejski korpus solidarności. To jest program wolontariatu międzynarodowego, który oferuje wyjazdy od 2/3 tygodni do 12 miesięcy. Wyjeżdża się gdzieś wykonywać pracę wolontariacką na miejscu. Europejski Korpus Solidarności teoretycznie jest wolontariatem, więc nie dostajemy wynagrodzenia, ale to nie jest praca za darmo. Mamy zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, transport na miejsce i dostajemy tzw. Pocket Money, czyli kieszonkowe. Jest też ubezpieczenie. Program Europejskiego Korpusu Solidarności jest skierowany dla osób od 18 do 30 roku życia i też bardzo go polecam. Można robić przeróżne rzeczy, nasza bliska znajoma z organizacji wyjechała właśnie na taki projekt do Holandii i tam pracuje przy restauracji XVI-wiecznej łodzi. Wyjazdy są przeróżne, jest dużo projektów ekologicznych, pracy z dziećmi, pracy na różnych farmach ze zwierzętami, możliwości jest nieskończenie wiele.

Kolejną grupą projektów są Work Campy. Byłam na kilku z nich jako uczestniczka i bardzo je polecam! Work Campy są krótkoterminowymi wolontariatami zagranicznymi, na których można robić przeróżne rzeczy. Pierwszy, na którym byłam polegał na renowacji średniowiecznego zamku! Fajne jest to, że Work Campy w przeciwieństwie do poprzednich projektów nie są stricte europejskie i przyjeżdżają na nie uczestnicy z całego świata, mieliśmy w grupie m.in. osoby z Ameryki Południowej, Azji czy Afryki…  Tematyka jest bardzo różnorodna, są projekty związane z pracą z dziećmi, z ekologią, z ochroną dziedzictwa kulturowego jest tego naprawdę wiele.

Kolejnym programem, w którym brałam udział i który też bardzo polecam jest Work Away, w którym można brać udział od 18 roku życia w górę. Oferty są z całego świata, jedzie się w wybrane miejsce (ale podróż trzeba opłacić samemu), a wyjazd jest nieograniczony czasowo – można pojechać na 2 tygodnie albo nawet na rok. Najczęściej jest to praca na farmie, w hostelu bądź w jakiejś organizacji. W zamian za kilka godzin nieskomplikowanej pracy dostaje się wyżywienie i zakwaterowanie. Jest to niesamowite doświadczenie głównie ze względu na ilość osób, którą się poznaje. Można spotkać osoby z całego świata, o zupełnie różnych spojrzeniach, różnych historiach…

Którą z tych opcji poleciłabyś komuś kto jedzie pierwszy raz? Może trochę się stresuje?

H.L.: Zdecydowanie projekty Erasmusowe. Ja nie zaczęłam od Erasmusa tylko od Work Campów, potem przeszłam przez Work Away, pojechałam z programem AIESEC i dopiero po tych doświadczeniach poznałam Erasmusa. Muszę przyznać, że ujęły mnie te (Erasmusowe) projekty najbardziej. Przede wszystkim ich inkluzywność – pokrywane jest zakwaterowanie, wyżywienie, podróż więc naprawdę każdy może pojechać. Poza tym są to też projekty edukacyjne, czy to jest Youth Exchange, czy to jest Training Course nieodłączny jest element edukacji. Oczywiście na innych wolontariatach on też jest, bo uczymy się zupełnie nieformalnie przez to, że jesteśmy w grupie, ale tu mamy osobę, która nas prowadzi przez to doświadczenie.

Gdzie szukać informacji o takich wyjazdach?

H.L.: Jeśli chodzi o wyjazdy, które organizujemy i w których partnerujemy to na naszej stronie internetowej www.yowopoland.org. Bardzo dużo calli na różne projekty zamieszczamy też na naszych social mediach więc zachęcam do tego, żeby nas zaobserwować! Nasze projekty to oczywiście kropla w morzu wszystkich projektów, które są! Bardzo zachęcamy, żeby szukać więcej! Myślę, że najłatwiej i najbardziej wiarygodnie jest szukać przez konkretne organizacje, jest bardzo dużo stowarzyszeń i fundacji w Polsce, które są naprawdę fajne i się tym zajmują. Polecam projekty na przykład organizacji Logos z Poznania. Można szukać też przez grupy facebookowe, bo pomimo tego, że Facebook powoli umiera jako medium społecznościowe, to Erasmus nadal się na nim trzyma – są różne grupy np. PL Youth in Action albo Youth Opportunities PL i tam dużo organizacji wrzuca swoje projekty. Jest też baza, która zbiera część projektów typu Training Course – Salto Youth.

Work Away-e i Work Campy mają swoje dedykowane strony. Europejski korpus solidarności ma super bazę, więc nie trzeba szukać nigdzie indziej, zwłaszcza, że są tam też różne filtry, dzięki którym można wybrać długość trwania projektu, lokalizację…

Jakbyś przekonała kogoś kto dotrwał do tego miejsca, ale nadal nie jest zdecydowany?

H.L.: Poza tym, że jechać i w ogóle się nie zastanawiać, to powiedziałabym, że tak naprawdę nie ma nic do stracenia. Projekty są różne. Nie chcę, żeby ten wywiad wyszedł tak, że wszystko jest zawsze różowe. Czasem się zdarzy tak, że np. są jakieś problemy z zakwaterowaniem albo jedzenie jest nie za dobre albo pogoda może być straszna, teraz często są problemy z lotami i może się okazać, że droga zajmie zamiast 2 godzin – 24. Są rzeczy, takie logistyczne, które mogą być trudne. Zwłaszcza dla osoby, która jedzie pierwszy raz i np. nigdy nie była za granicą, boi się wyjść ze swojej strefy komfortu. Mogą się zdarzyć rzeczy, które będą trudne albo nieprzyjemne, ale to co naprawdę przezwycięża te wszystkie możliwe trudności, to ludzie. W naprawdę wielu projektach, w których brałam udział nie zdarzyło mi się, żeby ludzie nie byli fajni. Co jest według mnie magią takich projektów. Przyjaźnie i związki na lata, które powstają w tym czasie naprawdę są warte odrobiny stresu wynikającej z wyjścia z własnej strefy komfortu.

My też, jeśli chodzi o kwestie logistyczne, zawsze pomagamy, czy to w znajdywaniu biletów, czy w innych kwestiach organizacyjnych, zawsze staramy się wspierać uczestników więc naprawdę da się!

Są jakieś kompetencje, które należałoby mieć, żeby pojechać?

H.L.: Powiedziałabym odwrotnie. Myślę, że każdy z nas jest tak naprawdę już gotowy, żeby jechać. Jeśli nam się wydaje, że nie jesteśmy gotowi, bo na przykład nasz angielski nie jest dobry, albo nie jesteśmy wystarczająco odważni, czy wystarczająco przebojowi, żeby pojechać, to wszystko to są tak naprawdę przeszkody, które mamy tylko we własnej głowie. Przywołam tu może taki konkretny przykład. W projekcie, który kiedyś zorganizowaliśmy brała udział bardzo zróżnicowana grupa. Poziom angielskiego był przeróżny. Ostatniego dnia, na zakończenie, jeden chłopak, który nie mówił po angielsku prawie zupełnie, a byliśmy ze sobą 10 dni (!), więc musieliśmy się ze sobą w między czasie jakoś dogadywać, przeczytał nam z translatora Goggle’a najbardziej wzruszający list jaki kiedykolwiek słyszałam, w którym dziękował nam za ten tydzień i za to, że się tak otworzył i chce mu się dalej żyć i wracać do domu, żeby opowiadać o tych możliwościach. Wszyscy płakali jak coś takiego usłyszeli… Jeśli ktoś się zastanawia czy ma wystarczające umiejętności miękkie, żeby pojechać, to myślę, że tym bardziej powinien pojechać, bo zrozumie, że je ma, ma już je w sobie, ale sam je blokuje myśląc, że jeszcze nie jest wystarczająco dobry czy dobra.

Na koniec pytanie, które zadaje wszystkim gościom, czyli pytanie o książkę, która szczególnie Cię zainspirowała.

H.L.: Jedną z książek, które na pewno polecam wszystkim, jest książka Jaume Cabré „Wyznaję”. Książka, o której bardzo trudno zacząć opowiadać, żeby nie spalić więc może powiem tak – jeśli ktoś ma zastój literacki, to jest to właśnie książka, w którą można wciągnąć się i od której nie można się oderwać. 

Jeśli przeczytałeś cały artykuł, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pomaga nam się rozwijać.

Jak wykorzystać możliwości, które daje nam wielki świat?

Mogłabyś opowiedzieć kilka słów o Girls Future Ready?

Zacznę może od tego jak się zaczęła cała historia fundacji, która jest też trochę historią Zosi – naszej założycielki i CEO fundacji. Wszystko zaczęło się, gdy Zosia miała 6 lat i wyjechała do Finlandii. Po dwóch latach edukacji w szkole międzynarodowej, w której na co dzień posługiwała się angielskim, przyjechała do Polski na wakacje. Rodzice posłali ją i jej brata do polskiej szkoły. Zosia, jako że była ogromną kujonką, bardzo się cieszyła, że ma sprawdziany, dostawała piątki praktycznie ze wszystkiego oprócz angielskiego. To był pierwszy sygnał. Zosia zaczęła się zastanawiać  dlaczego tak jest, że mówi płynnie po angielsku, uczy się po angielsku i nie może dostać piątki z angielskiego, a dzieci, które piątki dostają nie potrafią z nią porozmawiać w obcym języku. Wróciła do Finlandii, poszła do swojej dyrektorki i stwierdziła, że chciałaby zorganizować zbiórkę książeczek po angielsku, które mogłaby przywieźć do Polski, żeby jej koleżanki mogły się z nich uczyć.

Wtedy zetknęła się z pierwszą barierą, takie rzeczy może organizować rada rodziców, a nie małe dzieci. Zosia chodziła co dwa tygodnie porozmawiać z panią dyrektor aż uzyskała zgodę. Zbiórkę udało się zorganizować.

Obecnie projektów w fundacji jest 6, a zbiórka książeczek dalej jest jednym z nich. Nie jest to nasz flagowy program, ale gdzieś tam, od czasu tej pierwszej różowej walizeczki, w której Zosia przywoziła książki dla koleżanek zostało przekazane już ponad 50 tysięcy takich książeczek dla dzieci w całej Polsce. Współpracujemy z różnymi podstawówkami, szpitalami, domami dziecka… Od tego się wszystko zaczęło.

Potem Zosia wyjechała do Stanów, dojrzała, zobaczyła kolejne potrzeby. Zrozumiała, że tu nie chodzi tylko o język angielski, a o brak edukacji związanej z umiejętnościami miękkimi, przedsiębiorczością. Cała działalność fundacji opiera się na uzupełnianiu braków w polskiej edukacji na podstawie doświadczeń z USA.

Fundacja nazywa się Girls Future Ready – Dziewczyny Gotowe na Przyszłość, jak rozumiecie gotowość na przyszłość zawartą w nazwie fundacji?

Nazwa fundacji idzie w zgodzie z naszą misją. Korzystając z doświadczeń naszej założycielki, Zosi Kierner, staramy się pomóc młodym dziewczynom z Polski i Europy środkowo-wschodniej przygotować się na współczesne wyzwania. Stawiamy na umiejętności takie jak przedsiębiorczość, rozwój wiary w siebie, global mindset.

W Stanach jest mnóstwo ścieżek rozwoju dla młodych ludzi. Przyjeżdżając do Polski Zosia zauważyła, że w Polsce dużo osób, zwłaszcza dziewczyn, troszeczkę się boi tego, ile duży świat otwiera przed nimi drzwi, a my staramy się pokazywać, że to jest zaleta, a nie coś czego należy unikać.

Inne umiejętności, które staramy się rozwijać u dziewczyn to umiejętność przemawiania publicznie, autoprezentacji i znajomość profesjonalnego angielskiego. Przy okazji stawiamy na takie tematy jak women solidarity, czy youth empowerment, które są kluczowe w dzisiejszym świecie.

Mogłabyś w kilku słowach powiedzieć czym różni się według waszych obserwacji przygotowanie młodych Polek i Polaków na wyzwania współczesnego świata od przygotowania ich rówieśników np. ze Stanów Zjednoczonych?

Tutaj trzeba zaznaczyć, że działalność fundacji opiera się na uzupełnianiu braków w systemie, a nie wytykaniu komuś błędów… W Polsce brakuje edukacji praktycznej, szkoły skupiają się na teorii.  W Stanach od pierwszej klasy podstawówki dzieci dostają zadania typu „wyjdź proszę na środek klasy i opowiedz o swojej ulubionej zabawce”, uczy się autoprezentacji, występowania przed publicznością. W Polsce ogranicza się to przeważnie do nauczenia się raz na rok wiersza, który trzeba wyrecytować przed klasą. Wystarczy wykuć od deski do deski, słowo w słowo. Uważam, że to nie powinno do końca tak wyglądać, bo to po prostu nie przygotowuje w żaden sposób do przyszłej kariery zawodowej.

 Nikt w szkole nie uczy dzieci, dlaczego się uczy matematyki. To jest podobno przedmiot opierający się na logicznym myśleniu, ale przygotowanie do matury z rozszerzonej matematyki polega na tym, że rozwiązuje się w kółko zadania o tym samym schemacie, aż w końcu zapamięta się jak krok po kroku należy je rozwiązywać. Tak przynajmniej wyglądała moja matura, może reforma edukacji zmieni coś w tej kwestii, taką mam nadzieję.

Angielskiego uczymy się w szkołach z książek skupiając się na gramatyce. Ja uczyłam się angielskiego od przedszkola, a mówić płynnie zaczęłam dopiero w liceum i to dzięki zajęciom dodatkowym, wyjazdom za granicę, a nie dzięki nauce w szkole.

My w fundacji stawiamy właśnie na praktykę. Między innymi poprzez spotkania z profesjonalistkami z różnych branż, hands-on mentoring i połączenia z native speakerami z USA, staramy się dawać możliwości zdobywania doświadczeń i zdolności niezbędnych do osiągnięcia sukcesu w dorosłym życiu i karierze

A mogłabyś powiedzieć w jaki sposób uczyć się i w jaki sposób Wy uczycie praktycznych umiejętności?

Prowadzimy 6 programów, z czego 3 są naszymi flagowymi programami.

Trzy nasze „duże” projekty kierowane są do naszej grupy docelowej, którą są dziewczyny od 14 do 24 roku życia. Jednym z nich jest „Girls Global Ready”, w ramach którego łączymy 100 dziewczyn z Polski ze 100 dziewczynami ze Stanów. Na przestrzeni roku szkolnego dziewczyny pracują w parach wykonując różne wyzwania, uczą się praktycznych umiejętności. Pod koniec roku najbardziej aktywna para wygrywa wyjazd do Nowego Jorku. W tym programie, od tej edycji współpracujemy z MasterMatchem, czyli z platformą, która zajmuje się dopasowaniem profili konkretnych osób dzięki AI. Wprowadzimy za pomocą sztucznej inteligencji łączenie dziewczyn na podstawie ich zainteresowań, charakterów…

Kolejnym projektem jest „HerStory Project”, nasz flagowy program mentoringowy, w którym łączymy mentorkę z mentee. Dziewczyny na przestrzeni 3 miesięcy razem pracują. Mentee ma za zadanie w tym czasie wykonać pod skrzydłami mentorskimi konkretny projekt od początku do końca. W Polsce jest troszeczkę problem z programami mentoringowymi, bo za często polegają one po prostu na comiesięcznym spotkaniu z mentorem na kawę, podczas której głównym tematem jest narzekanie na życie. Zależy więc nam na tym, żeby uczestniczki wynosiły z programów jak najwięcej i żeby realizowały wartościowe projekty, które będą jak najbardziej nadawać się do tego, żeby wpisać je w CV. Zależy nam na tym, żeby istniał jakiś udokumentowany efekt końcowy. Projekt, który świadczy o progresie i sukcesie dokonanym przez uczestniczkę. Jeśli chodzi o przykłady takich projektów to w tym roku jedna z dziewczyn – Kaja Pośnik, stworzyła swój własny podcast „Breath of art” pod okiem profesjonalnej podcasterki. W zeszłym roku jedna z dziewczyn wystąpiła na konferencji Women In Tech Summit, gdzie zaprezentowała swój projekt związany z sektorem STEM. Inna dziewczyna zaprojektowała swój własny ciuch dla butiku RISK w Warszawie, który dostępny jest w tegorocznej wiosennej kolekcji. Dziewczyny stworzyły biznesy, NGO-sy, artykuły do ogromnych mediów… Nasza perspektywa jest bardzo szeroka i jest w czym wybierać.

Innym programem jest „HerStory Masterclass”, do którego zapraszamy kobiety, które chciałyby wesprzeć naszą fundację, ale nie mogą sobie pozwolić na 3-miesięczny projekt mentoringowy. Jest to comiesięczne, półtoragodzinne spotkanie mające na celu inspirować, szerzyć wiedzę na konkretne tematy i motywować. Miałyśmy okazję rozmawiać z Małgosią Komońską Voice & Speech Trainer for Business, która opowiadała o przemówieniach publicznych i umiejętności autoprezentacji. Miałyśmy też spotkanie z Olą Pucicką CEO LinkedIn na Europę Środkowo-Wschodnią, która opowiedziała, o tym jak wykorzystać potencjał platformy LinkedIn oraz jak założyć na niej efektywne konto, które zostanie zauważone przez pracodawcę. Staramy się pokazywać dziewczynom różne ścieżki kariery, skupiamy się również na tematach innowacyjnych i technologicznych. Chcemy pokazać, że technologia to nie tylko IT i kodowanie, jest mnóstwo innych ścieżek.

Jednym z pozostałych programów jest „Together with teachers”, którego 2 edycje odbyły się podczas pandemii. W ramach akcji zaprosiliśmy do 300 szkół w Polsce ponad 250 native speakerów z USA, żeby brali udział w zdalnych lekcjach angielskiego. Dzięki temu ponad 10 000 dzieci miało dostęp do lekcji z native speakerem, z czego dla ponad 80% procent z nich to był pierwszy kontakt z osobą, której ojczystym językiem jest angielski. Innym jest program „Girls English Ready”, o którym już wspominałam i który polega na zbieraniu książeczek, ale to są mniejsze projekty.

Na czym polegają Twoje działania w fundacji?

Ja zajmuję pozycję Chief of External Relations i na największą skalę zajmuję się programami HerStory. Pozyskuję mentorki i speakerki oraz nawiązuję partnerstwa, zarówno finansowe, jak i strategiczne. Wspomagam fundację od back-endu jak tylko mogę. Jako, że wspieram fundację już od jakiegoś czasu i jestem koordynatorką obecnego programu stażowego, biorę udział we wszystkich spotkaniach zespołu, nie tylko External.

Domyślam się, że w swojej pracy czasami kontaktujesz się jako pierwsza z potencjalnym partnerem, czy zdarzyło Ci się spotkać szklany sufit związany z młodym wiekiem? Czy jesteście już na tyle dużą marką, że takie rzeczy się raczej nie zdarzają?

Jestem przekonana, że w większości takie rzeczy zdarzały się, kiedy Zosia zakładała tę fundację jako mała dziewczynka. Działalność fundacji opiera się na pomocy od młodych kobiet dla młodych kobiet. Bardzo często na spotkaniu z potencjalną mentorką, opowiadam o naszych działaniach i jej się oczy śmieją, bo widzi, że dziewczyny mają teraz możliwości, jakich ona w naszym wieku nie miała. Dlatego chce pomóc. Przez to, że same jesteśmy młode wiemy jakie programy stworzyć, do kogo się zwrócić i o co prosić. Uważam, że perspektywa od młodych kobiet dla młodych kobiet jest ogromnym atutem fundacji.

Często jednak nadal przy spotkaniach jesteśmy uznawane za grupę młodych dziewczynek, które uważają, że mogą obrócić świat do góry nogami. Takie osoby nie biorą pod uwagę faktu, że mamy outreach na naszych social mediach rzędu 50 tysięcy, że wspieramy co roku 80 tysięcy młodych kobiet – to są ogromne liczby. Współpraca z młodymi kobietami działa na ogromną skalę, a mam wrażenie, że czasami firmy tego nie widzą. Nasze programy są dokumentowane na każdym etapie, publikujemy i udostępniamy partnerom mnóstwo materiałów marketingowych ale robimy to, żeby inspirować kolejne dziewczyny postępami uczestniczek, pokazywać, że one też mogą aplikować i się rozwijać. Kończąc, jeśli chodzi o szklany sufit, to myślę, że największym problemem jest to, że pomimo  pełnoletności i pomimo zasięgów jakie mamy, dalej nie doceniane jest jaką relację mamy z naszą społecznością.

Mamy w planach otworzyć w najbliższym roku szkolnym program ambasadorski, żeby nie tylko dziewczyny z dużych miast miały dostęp do różnych inicjatyw, żeby w mniejszych miejscowościach też było o nich słychać, żeby w każdej szkole była jakaś dziewczyna z GFR szerząca wiedzę o możliwościach jakie są na wyciągnięcie ręki. Myślę, że faktycznie największą przeszkodą jest niedocenianie potencjału fundacji, która na każdym kroku stara się docierać do jak najliczniejszej publiczności.

Masz jakąś receptę na to jak sobie radzić w takich sytuacjach? Wypracowałaś może jakąś strategię?

Ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak nasza założycielka, Zosia Kierner pracuje i prowadzi wszelkie spotkania ze starszymi osobami. Sporo się od niej nauczyłam i wydaje mi się, że trzeba po prostu trochę ignorować to pobłażliwe i niedoceniające podejście i robić swoje. Mamy wiele do pokazania, misja jest nie do podważenia, tak samo jak nasze inicjatywy więc uważam, że jeżeli ktoś mnie dyskryminuje, najzwyczajniej nie wie czym się zajmuję. Nie ma co się zniechęcać – to jest strategia. trzeba uświadomić tej osobie ile fundacja robi dobrego dla młodych kobiet. Nie ma co się peszyć, tylko dlatego że jestem młodsza – to jest atut fundacji. Zespół składa się z młodych i kreatywnych osób, które organizują wszystkie przedsięwzięcia pro bono. Starsze osoby, z którymi mam okazję się spotykać często nie miały takich możliwości, więc są pełne niedowierzania i uważają tworzenie takich projektów za darmo za niemożliwe. Trzeba mieć to z tyłu głowy i nie tracić chęci z powodu początkowego braku zainteresowania

A czego się nauczyłaś pracując w fundacji?

Po pierwsze umiejętności miękkich. Komunikacji z rówieśnikami i osobami znacznie starszymi, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Fundacja zarejestrowana jest w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, a speakerki i mentorki są z różnych zakątków świata. Otworzyły mi się też bardzo oczy na dziedziny w których można się rozwijać i  na to, jak wartościowe jest próbowanie różnych rzeczy w młodym wieku, nawet jeśli potencjalnie wiesz jaką chcesz obrać ścieżkę kariery.

Prowadzę przebieg bieżących projektów i uczę się wiele od innych członków zespołu, z innych działów. Fundacja działa trochę jak start-up. W korporacji  masz swój zakres obowiązków, którymi na co dzień się zajmujesz… i tyle. Tu znacznie łatwiej jest zdobyć doświadczenie w dziedzinie całkowicie wykraczającej poza twój zakres obowiązków. Jeżeli zakończę wszystko co miałam do zrobienia w moim dziale External Relations, zabieram się za aplikowanie na grant razem z działem fundraisingu i zdobywam doświadczenie w tej dziedzinie, jeżeli jest potrzeba to jestem w stanie stworzyć grafiki z działem marketingu lub uczę się tworzyć kontrakty i poszerzać swoją wiedzę z prawa. Teraz jestem koordynatorką programu stażowego na sezon letni więc zajmowałam się od początku do końca razem z Zosią przygotowaniem formularzy aplikacyjnych, opisu programu, przeprowadziłam rozmowy rekrutacyjne i tak dalej. Wydaje mi się, że to jest ogromny atut pracowania w NGO-sie.

Jako młoda osoba pracując w fundacji zdobywam ogromne doświadczenie i to, samo w sobie, jest wynagrodzeniem.

To teraz pytanie na koniec – czy jest jakaś książka, która Cię jakoś szczególnie zainspirowała?  

Nie wiem czy jest to książka, której celem jest inspiracja, ale na pewno wiele może nauczyć. Tytuł to „Never split the difference”. Jest to podręcznik zasad negocjacyjnych, zebranych i udoskonalonych w trakcie kariery Chrisa Vossa jako negocjatora zakładników, a później jako nagradzanego nauczyciela w najbardziej prestiżowych szkołach biznesu na świecie. zawiera relację z dramatycznych scenariuszy, ujawniając strategie negocjacyjne. Książka pokazuje, jak wykorzystać te umiejętności w miejscu pracy i w każdej innej sferze życia…

Jeśli przeczytałeś cały artykuł, będzie nam miło jeśli go ocenisz. Twoja opinia pomaga nam się rozwijać.

Umiejętności przyszłości

Co wybrać?

Co jakiś czas każdy z nas staje przed wyborem wpływającym na naszą przyszłość. Obojętnie czy chodzi o wybór liceum, technikum, studiów, czy kolejnego etapu kariery, podejmowanie takich decyzji nie jest łatwe, a z roku na rok staje się coraz trudniejsze. Jak wybrać dalszą ścieżkę edukacji czy rozwoju zawodowego, gdy według badaczy wiele z zawodów, które będziemy wykonywać za 10 lat jeszcze nie istnieje? Według statystyk LinkedIn wiele z najszybciej rozwijających się zajęć, m.in. z sektora machine learning czy big data, nie istniało jeszcze kilka lat temu (1).

Odpowiedzią może być nauka umiejętności uniwersalnych, które z dużą dozą prawdopodobieństwa będą potrzebne w wielu zawodach, bo to właśnie umiejętności, a nie formalne wykształcenie będą walutą pracy przyszłości (2).

Skills of the future – czym są umiejętności przyszłości?

Wraz z rosnącą automatyzacją i robotyzacją ludzie będą musieli skupić się na zajęciach nierutynowych. Weźmy na przykład zawód strażaka – innowacje technologiczne mogą na pewno bardzo ułatwić jego pracę, ale nieprzewidywalna natura tego zawodu sprawia, że jego całkowite zautomatyzowanie wydaje się póki co niemożliwe (1). Łatwo jest zaprogramować robota do wykonywania nieskomplikowanej, powtarzalnej czynności, ale dużo trudniejsze staje się zaprojektowanie maszyny, która może napotykać w swojej pracy na różne, często bardzo trudne do przewidzenia scenariusze.


Poza „nie rutynowością” trudne do zautomatyzowania są zajęcia wymagające umiejętności analizowania, wyciągania wniosków i rozwiązywania problemów, których powierzenie AI jest na razie mało realne (3).


Według World Economic Forum w najbliższych latach kluczowe znaczenie będą miały tzw. human skills, czyli umiejętności, które specyficzne dla ludzi (4), są nimi między innymi wspomniana już umiejętność rozwiązywania problemów, ale też empatia, komunikacja, krytyczne myślenie.


Co jednak najważniejsze zmieniający się świat i ewoluujący wraz z nim rynek pracy sprawia, że niektórzy badacze zakładają, że większość umiejętności powszednieje i traci swoje znaczenie o połowę średnio po 5 latach (2). To wszystko sprawia, że niezbędna jest i jeszcze przez wiele lat będzie umiejętność uczenia się i adaptacji (5), która pozwala na ciągłe dostosowywanie się do nowych realiów i zapewnia właściwą ludziom elastyczność, która stanowi niewątpliwą przewagę nad maszynami.


Dynamika rynku pracy pokazuje, że coraz mniej istotne jest to, jakie ma się wykształcenie, a na znaczeniu zyskują czyste umiejętności. Szczególnie atrakcyjni wydają się być pracownicy umiejący szybko się adaptować, a więc często tacy, którzy mają bogate doświadczenie, z którego mogą czerpać, a jednocześnie są otwarci na zmiany. Nie chodzi tu wcale o kilkudziesięcioletni staż pracy, choć takie klasyczne doświadczenie nadal stanowi dużą wartość, a o proaktywne podejście sprawiające, że nawet świeżo upieczony absolwent liceum czy technikum, może pochwalić się doświadczeniem zdobytym w wakacyjnej pracy, wolontariacie, stażach…


Ciekawym głosem w dyskusji o przyszłości rynku pracy jest platforma „The future of skills”, która skomponowała własną listę 20 umiejętności przyszłości, a są to m.in. umiejętność uczenia zarówno siebie, jak i innych, inteligencja emocjonalna, zrozumienie mechanizmów socjologicznych, oryginalność, pomysłowość i kreatywność, wystąpienia publiczne, rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji, ale też bycie aktywnym słuchaczem.


Wszyscy eksperci zdają się malować wspólny obraz, który po pierwsze wskazuje na dużą wartość umiejętności miękkich, a po drugie na podobną wagę ciągłego uczenia się i rozwoju. Nie pozostaje więc nic innego jak poza skupianiu się na formalnej edukacji, skierować swoją uwagę na poszukiwanie możliwości zdobywania bardziej praktycznych doświadczeń. Słowem kluczem jest różnorodność.


Bibliografia:


1. The path to prosperity: Why the future of work is human [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://images.content.deloitte.com.au/Web/DELOITTEAUSTRALIA/%7B90572c4f-4bb5-4b54-bf27-cc100d86890d%7D_20190612-btlc-inbound-future-work-human-report.pdf?utm_source=eloqua&utm_medium=email&utm_campaign=20190612-btlc-inbound-future-work-human&utm_content=body


2. Deloitte-Access-Economics-2019-Premium-Skills-Final-Report-WEB.pdf [Internet]. [cytowane 13 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www.deakinco.com/wp-content/uploads/2021/07/Deloitte-Access-Economics-2019-Premium-Skills-Final-Report-WEB.pdf


3. WEF_Future_of_Jobs_2020.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Future_of_Jobs_2020.pdf


4. WEF_Future_of_Jobs_2018.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Future_of_Jobs_2018.pdf


5. WEF_Skills_Taxonomy_2021.pdf [Internet]. [cytowane 25 czerwiec 2022]. Dostępne na: https://www3.weforum.org/docs/WEF_Skills_Taxonomy_2021.pdf

Pokolenie multitaskingu

Multitasking jest bardzo kuszący. Nauka z dźwiękami ulubionego serialu w tle, rozwiązywanie zadania domowego w czasie lekcji, odpisywanie na maile połączone z rozmawianiem przez telefon, co tu dużo mówić czas to pieniądz… Sama nie raz uległam tej słodkiej pokusie i mogę się założyć, że nie tylko ja. Zresztą wcale nie muszę się zakładać, bo to wszystko pokazują badania (Anderson i Jiang 2018).


Jeszcze kilka lat temu multitasking był uznawany za umiejętność bardzo pożądaną. Był bardzo modnym terminem określającym człowieka sukcesu, pracownika idealnego, będącego w stanie wykonywać kilka zadań na raz i tym samym bardziej produktywnego i wydajnego niż zwykli śmiertelnicy skupiający się tylko na jednym. Dorastając z tym ideałem uważałam multitasking za pewien ideał efektywności. Tymczasem okazuje się, że wcale nim nie jest, a diabeł tkwi w szczegółach.


Pokolenie dzisiejszych nastolatków określane jako Gen Z okazuje się być szczególnie skłonne do multitaskingu, głównie ze względu na nieustannie towarzyszące nam zdobycze techniki – platformy streamingowe i media społecznościowe. Myślę, że mówiąc o multitaskingu, szczególnie w kontekście produktywności, warto rozgraniczyć dwa rodzaje. Pierwszy – nazwijmy go klasycznym – polega na wykonywaniu dwóch zadań w tym samym czasie, drugi z kolei – multitasking w wykonaniu Gen Z – na realizowaniu zadania z rozpraszaczem w tle.

Multitasking klasyczny

Możemy go uznać za świętego Graala produktywności, każdy chciałby go osiągnąć, ale nikomu się to nie udało. Okazuje się, że wykonywanie kilku zadań na raz jest w gruncie rzeczy ułudą, bo nasze mózgi potrafią się skupić tylko na jednej czynności na raz. W efekcie są zmuszone bardzo szybko przenosić skupienie z jednej rzeczy na drugą („Cognitive and Productive Costs of Multitasking” 2021). Ciągłe przenoszenie uwagi sprawia, że dużo szybciej się rozpraszamy, niektórzy naukowcy wskazują wręcz, że może istnieć związek między multitaskingiem, a ogólną skłonnością do rozproszeń(Moisala i in. 2016). W każdym razie pewnym jest, że wykonywanie kilku zadań na raz zmusza do ciągłego wdrażania się w nie na nowo, co jest bardzo męczące dla mózgu.


Robienie kilku rzeczy na raz wpływa również na szybkość ich realizowania. Wbrew intuicyjnemu założeniu, że multitasking może zapewnić szybsze wykonanie postawionych przed nami zadań, przyczynia się do zwolnienia tępa pracy. Jest to związane ze zwiększeniem wysiłku intelektualnego, do którego zmusza ciągłe przenoszenie uwagi(„Multicosts of Multitasking” b.d.).


Kolejny skutek uboczny multitaskingu jest już bardziej intuicyjny. Wykonując kilka zadań na raz jesteśmy dużo bardziej skłonni do popełniania błędów. Żonglując zadaniami łatwo wytrącamy się z rytmu i po prostu męczymy, w związku z czym nietrudno się domyślić, że będzie to sprzyjało pomyłkom. Mózg w pewnym momencie przestaje być pewny, które zadanie ma realizować.

Multitasking w wykonaniu Gen Z

Temu rodzajowi mutlitaskingu towarzyszą wszystkie wspomniane powyżej wyzwania. Zasadniczą różnicą jest jednak to, że celem nie jest zwiększenie produktywności, a…no właśnie co? Osłodzenie nieprzyjemnego zajęcia? Umożliwienie sobie bycia na bieżąco z najnowszymi serialami przy jednoczesnym realizowaniu zadań?


Momentem, w którym ten rodzaj multitaskingu na dobre zagościł w naszych życiach była pandemia. Zdalna lekcja i gotowanie obiadu? Czemu nie. Wykład umilany scrollowaniem Instagrama czy graniem? Bardzo chętnie.

Pandemia się już skończyła, a przynajmniej tak powiedzieli politycy, ale złe nawyki pozostały.

Czy taki multitasking jest jednoznacznie niekorzystny? Tak. Czy musimy z niego rezygnować? Powinniśmy. Czy zrezygnujemy? Pewnie nie do końca.


Oglądanie w tle serialu i inne tego rodzaju zachowania są niekorzystne, ale czasami naprawdę ułatwiają sięgnięcie po zeszyt i zaczęcie nauki. Wydaje się, że kluczem jest więc zdawanie sobie sprawy ze wszystkich minusów takiego zachowania, niekończenie stu procentowe wykluczanie go.

Źródła:
Anderson, Monica, i Jingjing Jiang. 2018. „Teens, Social Media and Technology 2018”. Pew Research Center: Internet, Science & Tech (blog). 31 maj 2018. https://www.pewresearch.org/internet/2018/05/31/teens-social-media-technology-2018/.
„Cognitive and Productive Costs of Multitasking”. 2021. Verywell Mind. 31 lipiec 2021. https://www.verywellmind.com/multitasking-2795003.
Moisala, M., V. Salmela, L. Hietajärvi, E. Salo, S. Carlson, O. Salonen, K. Lonka, K. Hakkarainen, K. Salmela-Aro, i K. Alho. 2016. „Media Multitasking Is Associated with Distractibility and Increased Prefrontal Activity in Adolescents and Young Adults”. NeuroImage 134 (lipiec): 113–21. https://doi.org/10.1016/j.neuroimage.2016.04.011.
„Multicosts of Multitasking”. b.d. Dana Foundation (blog). Dostęp 31 maj 2022. https://dana.org/article/multicosts-of-multitasking/.

Sztuka odpoczywania

Maj jest takim dziwnym momentem w roku, kiedy zaczyna się myśleć o wakacjach, ale tkwi jeszcze po uszy w pracy, nie mówiąc już o zbliżającym się lub (jak w przypadku maturzystów) kwitnącym okresie egzaminacyjnym. Chociaż hasła „study smarter, not harder” lub pokrewnego mu „work smarter, not harder” możemy mieć już serdecznie dosyć, faktycznie dobrze by było pouczyć się i popracować trochę mądrzej, bo przecież im więcej czasu na majowe grille i wycieczki rowerowe, tym lepiej.


Intuicyjnie mogłoby się wydawać, że im dłużej będziemy pracować, siedząc bez przerwy przy biurku, tym szybciej zrobimy co trzeba i jak to mawiał mój nauczyciel matematyki, nastanie wolność! Nic bardziej mylnego. Pokazują to zresztą badania. Na przykład to, w którym grupa 80 studentów została poproszona o wybranie najlepszego samochodu, na co dostali 4 minuty – połowa z nich poświęciła cały ten czas koncentrując się na dokonaniu jak najlepszego wyboru, a druga połowa musiała w tym czasie rozwiązywać również anagramy. Paradoksalnie okazało się, że to druga grupa, ta która została zmuszona do robienia przerw, dokonała dużo lepszych wyborów (1).


Okazuje się, że robienie przerw jest kluczem do efektywnej nauki i pracy. Jak tłumaczy Alejandro Lleras, wykładowca psychologii na uniwersytecie w Ilinois, z uwagą jest trochę jak z percepcją innych bodźców. Kiedy mamy coś długo na sobie, w końcu przestajemy to czuć i dopiero skupiwszy się na uczuciu jakie wywierają ubrania na skórze, z powrotem je odczuwamy. Podobnie jest z zapachami – po pewnym czasie przestajemy zwracać na nie uwagę. Naukowiec przeprowadził badania potwierdzające tę hipotezę. Z kilku grup mających rozwiązywać zadania w 50 minutowym bloku, najlepiej radziła sobie ta, która miała przerwy (2).


Kiedy odpoczywamy nasze mózgi wchodzą w tzw. „default mode”, który jak się okazuje wcale nie jest czasem pozbawionym „produktywnej wagi”. Jest to czas, w którym nasze mózgi, niejako w tle, przetwarzają wiele informacji, co może mieć znaczenie dla ogólnej zdolności zachowywania skupienia, ale jest też czasem w którym rozwija się nasza umiejętność rozumienia ludzkich zachowań, a co jeszcze ważne z punktu widzenia ucznia – daje przestrzeń do przetworzenia nowo nauczonych informacji (3). Część naukowców uważa wręcz, że skutkiem ubocznym bujania w obłokach jest rozwiązanie, któregoś z dręczących nas problemów, czego wielu doświadczyło na przykład biorąc prysznic (4).

Robienie przerw jest niezbędne dla zwiększenie produktywności, skupienia i efektywności. Ale jak te przerwy robić?

Jak często robić przerwy?

Czasami może się wydawać, że gdy tylko chcemy możemy pracować jak maszyny, trzeba po prostu usiąść i zacząć, i potem jakoś samo idzie. Jesteśmy jednak organizmami. Nasze ciała i umysły wolą pracować w cyklach i do tego właśnie musimy się dostosować. Badacze nie są pewni jak długo taki cykl właściwie trwa, zresztą najprawdopodobniej nie ma jednej, odpowiedniej dla wszystkich długości. Większość zgadza się, że jest to coś pomiędzy sześćdziesięcioma a dziewięćdziesięcioma minutami (5). Wydaje się, że najlepiej jest po prostu wypróbować różne długości i wybrać tę, która najbardziej nam odpowiada. Pamiętajmy też, że odpisywanie na maile będzie się wiązało z zupełnie innym wysiłkiem niż rozwiązywanie zadań matematycznych, a to z kolei jest zupełnie nieporównywalne z pisaniem esejów.

źródło: https://www.fastcompany.com/3013188/why-you-need-to-unplug-every-90-minutes

Jakie przerwy robić?

Zasadniczo przerwa powinna trwać między 15 a 20 minut, może być jednak albo dłuższa, albo krótsza w zależności od zapotrzebowania. Pytaniem pozostaje co podczas takiej przerwy robić. Na pewno nie powinno to być przeglądanie mediów społecznościowych, czy generalnie sięganie po telefon (6). Poza tym cokolwiek poza pracą powinno się sprawdzić. Jak można się domyślać szczególnie owocną formą odpoczynku okaże się krótki wysiłek fizyczny, czy medytacja (7), ale przydatne może okazać się też coś tak trywialnego jak zrobienie herbaty, czy chwila na small talk.


Następnym razem, gdy będziesz biczować się za nie bycie non stop produktywnym, przypomnij sobie jak ważne i przydatne są przerwy i może spróbuj takiego, może trochę nieintuicyjnego, ale efektywnego podejścia do pracy.

Źródła:
1. Jabr F. Why Your Brain Needs More Downtime [Internet]. Scientific American. [cytowane 14 maj 2022]. Dostępne na: https://www.scientificamerican.com/article/mental-downtime/
2. Brief diversions vastly improve focus, researchers find [Internet]. ScienceDaily. [cytowane 14 maj 2022]. Dostępne na: https://www.sciencedaily.com/releases/2011/02/110208131529.htm
3. Immordino-Yang MH, Christodoulou JA, Singh V. Rest Is Not Idleness: Implications of the Brain’s Default Mode for Human Development and Education. Perspect Psychol Sci. 1 lipiec 2012;7(4):352–64.
4. Baird B, Smallwood J, Mrazek MD, Kam JWY, Franklin MS, Schooler JW. Inspired by Distraction: Mind Wandering Facilitates Creative Incubation. Psychol Sci. 1 październik 2012;23(10):1117–22.
5. The 90-Minute Solution: How Building in Periods of Renewal Can Change Your Work and Your Life (POLL) (VIDEO) [Internet]. HuffPost. 2010 [cytowane 14 maj 2022]. Dostępne na: https://www.huffpost.com/entry/work-life-balance-the-90_b_578671
6. Kang S, Kurtzberg TR. Reach for your cell phone at your own risk: The cognitive costs of media choice for breaks. J Behav Addict. 1 wrzesień 2019;8(3):395–403.
7. Balci R, Aghazadeh F. Effects of exercise breaks on performance, muscular load, and perceived discomfort in data entry and cognitive tasks. Comput Ind Eng. 2004;46(3):399–411.

Jak zrobić sobie sprzymierzeńca z własnej biologii?

Lekcje polskiego w mojej karierze uczennicy były tymi, które przemycały najwięcej treści z kategorii „inne”, nie inaczej było pewnego jesiennego poranka, kiedy to pojawiło się pytanie „co z noblem z medycyny?”. Był to rok 2017, w którym nagrodę Nobla otrzymali Jeffrey C. Hall, Michael Rosbash i Michael W. Young za odkrycia związane z chronotypem.

To, że coś warunkuje nasz rytm dobowy jest wnioskiem dość intuicyjnym, wystarczy obserwacja zwierząt, których przykład pokazuje różnorodność strategii rytmów dobowych dostosowanych do trybu życia, diety… Zagwozdką pozostawał jednak dokładny mechanizm kontroli, który przedstawię w iście telegraficznym skrócie.

Trio naukowców odkryło, że czynnikiem w dużej mierze regulującym rytm dobowy jest gen Clock, który koduje czynnik transkrypcyjny stymulujący transkrypcję genów, których produktami są białka PER. One z kolei za pomocą sprzężenia zwrotnego hamują transkrypcję genu Clock. Białka PER gromadzą się w komórkach w nocy, a w dzień są degradowane. Wraz z ich degradacją zwiększa się transkrypcja genu Clock i tak w kółko. Cykl ten trwa około 24 godzin.

OK, ale jaki to ma realny wpływ na nasze życie? Już tłumaczę i przepraszam wszystkich, którzy nie należą do medycznych/naukowych świrków i przeklinają pod nosem, że nie po to nie szli na biol-chem, żeby teraz słuchać, a właściwie czytać, o sprzężeniu zwrotnym.  

Na rytmie dobowym opierają się przede wszystkim procesy biologiczne – około 7:00 następuje wzrost ciśnienia, chwilę potem zahamowanie produkcji melatoniny, między 8:00 a 9:00 zwiększają się ruchy perystaltyczne jelit, a między 10:00 a 14:00 u przeciętnego Kowalskiego występuje wzrost koncentracji i tym przechodzimy do sedna tego artykułu.

To nie tylko dieta, ćwiczenia fizyczne, listy zadań, ale także chronotyp decyduje o naszej produktywności.

Naukowcy podzielili ludzkość na 3 typy. Tych, którzy mają chronotyp poranny, wieczorny lub niezróżnicowany. Popularnym sposobem określania typu rytmu dobowego, który nas charakteryzuje jest kwestionariusz samoopisowy Morningness Eveningness Questionnaire MCTQ, opracowany przez J. A. Horne i O. Östberg w 1976 roku.[1]

Autor książki „Potęga kiedy” M. Breus poszedł o krok dalej dzieląc populację na 4 kategorie:

·       Delfin – zwykle budzi się niewyspany i odczuwa zmęczenie przez większą część dnia aż do późnego wieczora, kiedy dostaje nagły zastrzyk energii. Osoby te śpią lekkim snem i mają na niego stosunkowo małe zapotrzebowanie;

·       Niedźwiedź – śpi głęboko, a pobudka bywa dla niego bolesna. Chwile zajmuje mu dojście do siebie po przebudzeniu. Najbardziej czujny jest od późniejszego ranka do wczesnego popołudnia. Ma duże zapotrzebowanie na sen;

·       Lew – wypoczęty i gotowy wstaje wcześnie rano, wtedy też następuje szczyt jego produktywności, trwający aż do południa. Popołudniu osoby te czują się zmęczone, czasami ucinają sobie wtedy drzemkę. Zazwyczaj kładą się spać dość wcześnie. Mają umiarkowane zapotrzebowanie na sen.

·       Wilk – ma trudność ze wstawaniem przed 8:00. Potrafi wybudzać się aż do południa, kiedy zaczyna się czas jego aktywności. Szczyt czujności osiąga około godziny 19:00. Ma umiarkowaną potrzebę snu.[2]

Oczywistym jest, że podział na 4, a tym bardziej 3 kategorie, nie odda nigdy zróżnicowania całej populacji, ale jest on cenną wskazówką pokazującą jak można spróbować dostosować swój plan dnia do swojej biologii. Jeśli nie przekonuje nas argument zdrowotny[3], to warto jeszcze raz zauważyć, że rytm dobowy i odpowiedni sen i odpoczynek ma ogromny wpływ na produktywność i wiążącą się z nią efektywność pracy. Związek między poszanowaniem dla zegara biologicznego a motywacją do pracy udowadniają badania naukowe.

Okazuje się, że aż 3 z 4 typów są niedostosowane do ogólnie obowiązującego rytmu dnia. Gdy lew dotrze do pracy na 9:00 minie już kilka godzin, w których jest najproduktywniejszy, z kolei delfin w standardowym czasie pracy w ogóle nie osiągnie piku produktywności, który wypada na wieczór, a wilk jeszcze przez wiele godzin będzie odczuwał wzmożoną senność i bardzo prawdopodobne, że jego organizm wciąż będzie produkował melatoninę – hormon odpowiedzialny za sen.

Beniaminowi Franklinowi przypisuje się powiedzenie „Early to bed and early to rise makes man healthy, wealthy, and wise.”

Zdanie to jest przykładem bardzo szkodliwego stereotypu. Utarło się, że największy sukces odnosi się będąc rannym ptaszkiem, na YouTubie królują lifestylowe filmiki radzące co zrobić, żeby wstawać o 5:00 rano, czasami jeszcze wcześniej, a tymczasem największego sukcesu wcale nie odnoszą ci wstający najwcześniej, a ci dostosowujący się do swojego rytmu dobowego, wykorzystujący piki produktywności.

Cały nasz system oparty jest na planie dnia odpowiadającym tym, dla których łatwe jest wstawanie rano i choć faktycznie większość populacji jest w stanie wstać do 9:00 i całkiem dobrze funkcjonować, istnieją osoby, które wyłamują się z tej grupy i jest ich na tyle dużo, że wykute zostało określenie społecznego jet lagu. Ci wśród nas, którym najlepiej pracuje się do 3, 4 w nocy, a budzi po południu, zmuszeni do wstawania do pracy na 8:00, w porywach 9:00, bardzo często niedosypiają w tygodniu, starając się odsypiać braki w weekendy co przyczynia się do rozdrażnienia, zmęczenia i ogólnego pogorszenia zdrowia. Na szczęście to się zmienia. Istnieje wiele możliwości wyboru pracy o elastycznym grafiku, szczególnymi szczęśliwcami są ci, których zawody pozwalają na pracę zdalną, którzy mogą właściwie wybrać sobie prace w takiej strefie czasowej, która odpowiada ich wewnętrznym zegarom.

Chociaż dopasowywanie swoich obowiązków do wewnętrznego zegara nie zawsze jest możliwe, jest też dobra informacja – niektóre badania wskazują, że nasze organizmy przy zachowanej regularności potrafią się do pewnego stopnia dostosować do narzuconego planu dnia (a właściwie delikatnie przesunąć biologicznie wyznaczone ramy). Poznawajmy siebie i swoje ciała, bo póki co jesteśmy na nie skazani, więc dobrze by było, gdyby były naszymi sprzymierzeńcami i żebyśmy tak je traktowali.


[1] Horne, J.A.; Östberg, O. (1976). A self-assessment questionnaire to determine morningness-eveningness in human circadian rhythms. Int J Chronobiol. 4 (2): 97–110.

[2] Opisy w oparciu o “Inaczej” R Kotarskiego

[3] National Sleep Foundation (2006) Sleep-wake cycle: its physiology and impact on health. dostęp: 11.2018

Wystarczy kartka papieru

Badaczem, który starał się wytłumaczyć, dlaczego tak jest, był Bluma Zeigarnik, który siedząc w jednej z berlińskich restauracji zauważył, że kelnerzy dużo lepiej pamiętają złożone zamówienia przed ich finalizacją. Upłynęło po prostu mniej czasu, można by stwierdzić, ale Zeigarnik postulował, że to właśnie sam fakt niedokonania, brak ukończenia zadania sprawia, że nieustannie krąży ono w podświadomości, nie dając o sobie zapomnieć(1). Obserwacje Zeigarnika wykorzystywane są z mniejszym lub większym skutkiem między innymi przez niektóre serwisy wymagające logowania – postuluje się, że użytkownicy, którym przerwie komunikat „Twój profil jest ukończony w X %” częściej kończą ten proces, właśnie przez to, że zostaje im sprytnie przerwany. Jak często z psychologią bywa nie ma konsensusu czy efekt ten faktycznie istnieje, a jeśli tak, to do jakiego stopnia jest odczuwalny. Myślę, że można jednak śmiało stwierdzić, że realizacja zadań jest ważna i podchodzenie do nich z metodą „raz a dobrze”, by najzwyczajniej w świecie móc wstawić ptaszek przy jak największej ich liczbie, może być dobrym pomysłem.

Odhaczanie zadań nie bez powodu kojarzy się z tworzeniem list i stawianiem niezwykle satysfakcjonujących ptaszków, ale uwierzcie lub nie, każdy proces można zoptymalizować – nawet tworzenie list! Jakieś 100 lat temu jeden z ówczesnych nowatorów i pionierów PR-u – Ivy Lee zrobił pierwszy krok w tę stronę.

Krok ten był tak znaczący, że dostał za niego równowartość dzisiejszych 400 000 $, ale od początku. Pewnego dnia do Lee zgłosiła się duża firma prosząc, aby pomógł im w optymalizacji działań, Lee zgodził się i powiedział, że wystarczy mu 15 minut, za które na razie nie będzie trzeba zapłacić, a jeśli za pół roku stwierdzą, że były one coś warte, zapłacą tyle, ile będą uważali za słuszne.

Co można zrobić w 15 minut?

Okazuje się, że jest to idealny czas do przekazania 5 rewolucyjnych zasad, które warte są 400 000 $, a były nimi następujące wskazówki:

1. Pod koniec każdego dnia zrób listę 6 zadań, które chcesz zrealizować jutro.

2. Uszereguj zadania od najważniejszego do najmniej istotnego.

3. Następnego dnia w pracy zacznij od pierwszego i pod żadnym pozorem nie przechodź do innego, póki nie skończysz poprzedniego.

4. Po kolei zajmuj się wszystkimi zadaniami.

5. Jeśli któregoś z zadań nie uda się wykonać przenieś je na następny dzień.

Tak proste a tak rewolucyjne. Czy można czegoś chcieć więcej?

Okazuje się, że jednak tak. Wiedząc jak układać listę zadań, wielu ma nadal spory problem z definiowaniem, priorytetów. W tym miejscu na pomoc przychodzi metoda Eisenhowera nazwana na cześć prezydenta Stanów Zjednoczonych, który zasłynął zdaniem „To, co ważne, rzadko bywa pilne, a to, co pilen, rzadko bywa ważne”. Choć nie wiadomo czy naprawdę je wypowiedział faktem jest, że o ile matką sukcesu jest lista, to stawianie priorytetów jest co najmniej nianią na pełen etat.

Ustalenie kolejności wykonywania zadań za pomocą metody Eisenhowera polega na podzieleniu piętrzącej się przed nami listy na 4 kategorie:

1.ważne i pilne – to te, które wymagają szybkiego/natychmiastowego działania

2.ważne i niepilne – to te które mogą poczekać

3.nieważne i pilne – to te niezmieniające życia małe rzeczy, które czasami trzeba zrobić

4.nieważne i niepilne – to np. poukładanie książek na półce w alfabetycznym porządku

Podzieliwszy zadania na kategorie, możemy przejść do ustalenia kolejności ich wykonywania i tak zaczniemy od ważnych i pilnych, na drugim miejscu usytuujemy nieważne i pilne, następnie ważne i niepilne i w końcu nieważne i niepilne.

Oczywiście ważne jest też by pamiętać, że życie jest jednak życiem i układanie go bezkrytycznie według jakiegokolwiek schematu nie będzie ani zdrowe, ani produktywne, niemniej jednak warto wypróbować wymienione zasady i traktować je w formie drogowskazów, które, gdy poczujemy się nadmiernie przytłoczeni i zagubieni pod presją obowiązków, pomogą ułożyć plan działania i wyjść na prostą.


[1] Niektórzy badacze twierdzą, że ten sam efekt zadziała, gdy ktoś lub coś przerwie nam naukę, dzięki czemu lepiej zapamiętamy materiał, któremu poświęcaliśmy wtedy czas, ale za to akurat nie ręczę

https://en.wikipedia.org/wiki/Zeigarnik_effect

Dlaczego Zuckerberg zawsze nosi ten sam t-shirt?

Przyczyną tego niecodziennego zachowania nie jest bynajmniej brak kreatywności, chodzi o minimalizację ilości podejmowanych decyzji. Jak wskazuje wielu badaczy decision fatigue, czyli w wolnym tłumaczeniu zmęczenie decyzjami wpływa negatywnie na jakość każdej kolejnej podejmowanej decyzji, a przede wszystkim promuje zachowania unikające prowadzące między innymi do prokrastynacji[1]. Obserwacje Vohsa i Baumeistera pokazują, że im więcej ludzie musieli podjąć świadomych decyzji, tym mniej potrafili skupić się na zadanym przez badaczy zadaniu matematycznym i tym mniejsze postępy w nim czynili (bez względu na deklarowane zmęczenie czy czas poświęcony na rozwiązywanie)[2].

A przecież pierwsze decyzje czekają na nas z chwilą otworzenia oczu – powinnam już wstać, czy mogę pozwolić sobie na 10 minut drzemki? Co na śniadanie? Kawa czy herbata? Co zrobić najpierw? I w końcu – co ubrać?

Czy powinniśmy wszyscy zatem zdecydować się dzisiaj na jeden strój i już tylko z niego korzystać przez następnych 10 lat, żeby zminimalizować liczbę decyzji chociaż o tę jedną?

Nie powiedziałabym, ale nie ulega wątpliwości, że coś jest na rzeczy i coś powinno się w tej sprawie zrobić – przecież czego jak czego, ale sukcesów założycielom Facebooka i Apple’a nie można odmówić, a kto nie chciałby odnieść chociaż procenta z ich osiągnięć. Jeśli nie chcemy podejmować drastycznych kroków Zuckerberga, Jobsa czy Obamy – ja bym nie chciała – receptą mogą być nawyki i o ile, pozostając przy medycznej metaforze, nie będą one panaceum, które w tydzień pozwoli zapomnieć o dolegliwościach, świetnie sprawdzą się w roli podobnej na przykład niepozornej witaminie D – powszechnej, niedocenianej, niezbędnej (notabene, której suplementacja jest bardzo ważna).

Czym jest nawyk?

Jest to powtarzalna, półautomatyczna czynność wywoływana przez jakiś bodziec. Ich półautomatyczność sprawia, że przestajemy się zastanawiać co zrobić, bo podejmowanie czynności x w okolicznościach y jest czymś absolutnie normalnym i najzwyczajniej w świecie nie podlega dyskusji. Dzięki wypracowanemu nawykowi mamy dokładnie utartą ścieżkę, którą podążamy minimalizując napięcia związane z decyzjami.

W tym miejscu warto zauważyć, że nawyk może być dobry, ale może być też zły, a niestety nawyki niepożądane pojawiają się dużo łatwiej niż te upragnione. Przykładem zachowania nawykowego będzie między innymi sięganie w przerwach po telefon. Bodziec w postaci braku zajęcia sprawia, że ręce wielu z nas automatycznie, bezwiednie wyruszają na poszukiwania smartfonu, by potem trenować kciuk skrolując. Zmiana tego nawyku będzie trudna, ale już samo uświadomienie sobie bodźca – zapalnika danego nieporządnego schematu jest pierwszym krokiem do jego zwalczenia.

Kluczem do wypracowania nawyku jest powtarzalność, więc osiągnięcie tych wymarzonych wymaga dużej ilości samozaparcia, ale osiągnąwszy je w dużym stopniu ułatwimy sobie codzienne funkcjonowanie. Nawyki dobre i mądre mogą tworzyć solidny szkielet naszego codziennego życia. Nie wpływa na nie zmieniający się nastrój. Działają nie tylko wtedy, gdy nam się “chce”, tylko zawsze. Po prostu.


[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Decision_fatigue

[2] https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0022103117301968#s0115

Skip to content