Od wolontariatu do pracy na pełen etat

Zaczynając o czymś mówić warto rozpocząć od definicji. Czym więc jest wolontariat? Według najbardziej rozpowszechnionej definicji jest to „świadoma, bezpłatna, dobrowolna działalność podejmowana na rzecz innych, wykraczająca poza więzi rodzinno-przyjacielsko-koleżeńskie”. Określenie bezpłatna nie znaczy, a właściwie nie musi znaczyć bezinteresowna. Są to działania, za które nie otrzymujemy wynagrodzenia materialnego, ale możemy zdobyć liczne rekompensaty niematerialne jak satysfakcja, poczucie spełnienia, szeroko pojęty rozwój, zawiązanie nowych przyjaźni… Wolontariat kojarzy się przede wszystkim z działaniami na rzecz innych, akcjami charytatywnymi, wspieraniem słabszych. Są to kwestie bardzo ważne, szczególnie istotne w procesie kształtowania młodych, odpowiedzialnych obywateli, ale wolontariat może być też bardzo dobrym środowiskiem do zdobywania kompetencji zawodowych, nauki i rozwoju.   Zajęcia wolontariackie mogą być przestrzenią sprawdzania siebie, rozwoju. Z jednej strony mogą pełnić rolę sparringu, podczas którego można się sprawdzić, ponosząc stosunkowo małe konsekwencje popełnionych błędów, z drugiej strony jednak nie muszą być tylko drogą do celu, a mogą stać się celem samym w sobie. Wolontariat w swojej różnorodności jest przestrzenią, w której naprawdę każdy może znaleźć niszę dla siebie, znaleźć zajęcie, w którym będzie się spełniać, kluczem jest chcieć je znaleźć.

O przygodzie z wolontariatem i tym jak wpłynął na jej życie miałam przyjemność rozmawiać z Panią Izabelą Bryzik specjalistką ds. wolontariatu, praktyk, staży w Małopolskim Instytucie Kultury.


Jak zaczęła się Pani przygoda z wolontariatem?


Dziękuję za to pytanie, bo zmusiło mnie trochę do rewizji i doszłam do wniosku, że moja pierwsza aktywność wolontariacka była dość nieformalna. Dopiero teraz z aktualnego punktu widzenia wiem, że to był wolontariat, ale wtedy, a było to w czasie studiów, nie towarzyszyły temu żadne formalności. Nie miałam w ogóle pojęcia, że istnieje coś takiego jak porozumienie o wolontariacie. Miałam wtedy okazję (i przyjemność), pomagać w porządkowaniu księgozbiorów profesor Marii Gołaszewskiej, zasłużonej i emerytowanej już wtedy wykładowczyni Wydziału Filozoficznego UJ. To był ogromny zaszczyt ją poznać i odwiedzać ją przez 2 lata w jej domu w Mogilanach. To było moje pierwsze zetknięcie z czymś wolontariackim, czyli dobrowolnym i bez wynagrodzenia, ale tak jak mówiłam, było to raczej dość nieformalne i nikt mi nie powiedział, że to był wolontariat. Później albo właściwie w międzyczasie, przeglądając różne oferty pracy, trafiłam na ogłoszenie Wydawnictwa Znak, które z okazji 55-lecia istnienia, urządzało archiwum wszystkich wydanych dzieł. Byłam tam przez 2 miesiące razem z drugą dziewczyną i zapełniałyśmy półki dziełami, katalogując je jednocześnie. To też był wolontariat, trochę w nieuprawniony sposób nazwany stażem, ale czym się różni wolontariat od stażu może będzie okazja później powiedzieć. Trzecie doświadczenie było w 2016 roku. Znowu przeglądałam ogłoszenia i trafiłam na informację, że poszukują wolontariuszy i wolontariuszek do Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego – wydarzenia organizowanego przez Małopolski Instytut Kultury w Krakowie, gdzie aktualnie pracuję. To były moje trzy główne doświadczenia wolontariackie.


Co się stało, że ten wolontariat nie zakończył się wraz z końcem studiów tylko nadal trwa?


Nie wiem, czy on został ze mną na dłużej, czy może wrócił do mnie 2 lata po moim doświadczeniu w MIK-u wzięłam udział w rekrutacji na stanowisko specjalisty ds. wolontariatu, praktyk i stażu i to jest moje stanowisko do dzisiaj. Z roli wolontariuszki sprzed lat stałam się koordynatorką i w związku z tym codziennie odmieniam to słowo przez wszystkie przypadki. To jest o tyle ciekawe, że zupełnie tego nie planowałam. Wolontariat został ze mną, bo w momencie, w którym go podjęłam podczas Dni Dziedzictwa, trafiłam do jednego z obiektów udostępnianych do zwiedzania, gdzie dostałam propozycję pracy. Gdy po 2 latach pojawiła się wspomniana rekrutacja, wróciłam do MIK-u i jestem w nim nadal. Nie tylko organizuje wolontariat w aspekcie formalnym, ale ciągle ciekawi mnie czym jest dla młodych osób i dlaczego go podejmują. Staram się odkrywać na czym polega sens wolontariatu, pomimo tego, że jestem z nim związana na pełen etat (co jest dość nieoczywistą sytuacją), dlatego prywatnie podjęłam niedawno długoterminowy wolontariat trwający 9 miesięcy.


Wszystkie doświadczenia, które Pani opisała wydają się tworzyć jedną całość, a wręcz drogę…


Tak, zdecydowanie! Często się śmieję, że jestem najlepszą reklamą wolontariatu. Podjęłam go z różnych względów, na pewno to była jakaś ciekawość, otwartość na nowe wyzwania. Ta gotowość do podejmowania nowych wyzwań i ciekawość to kompetencje, które trzeba stale ćwiczyć, a wolontariat oczywiście umocnił mnie w tym i nauczył mnie, że nie należy się tego bać. Na pewno zdobyłam ważne dla siebie doświadczenia, ale było to też płynne wejście na rynek pracy. To była końcówka moich studiów, podejmowałam się różnych prac, ale wtedy – po Dniach Dziedzictwa – podjęłam po raz pierwszy pracę na pełny etat. To było płynne przechodzenie od wolontariuszki, przez pracę krótkoterminową, do związania się zawodowo z wolontariatem. Jestem przekonana, że w koordynowaniu wolontariatem bardzo ważne jest własne doświadczenie aktywności wolontariackiej.

Co Pani dał wolontariat poza takimi stricte zawodowymi aspektami?


To była okazja do sprawdzenia jak reaguję, co potrafię, a czego nie potrafię. Odkryłam dzięki temu swoje cechy, które pewnie były, ale nie miałam wcześniej okazji, żeby je odkryć. Na pewno dał mi wgląd w siebie, ukształtował mnie. Dał mi też doświadczenie w kontaktach z ludźmi. Codziennie żyjemy w sieci kontaktów, rozmawiamy, spotykamy się i wydaje nam się, że nam to wychodzi, ale to trochę się weryfikuje, kiedy trzeba coś razem załatwić, wejść we współpracę, spełnić jakieś założenia. Czasem to wszystko okazuje się trudne i dopiero w praktyce można się tego uczyć. Myślę, że trzeba się tego stale uczyć i sobie przypominać i odświeżać. To nie jest tak, że komunikacji uczymy się raz na zawsze. Wolontariat uświadomił mi też, że jako ludzie jesteśmy różni i to było takie odkrycie Ameryki na nowo, ale to też jest ważne w codziennym funkcjonowaniu – elastyczność. Wolontariat dał mi również – chociaż to trudne, okazję do oswajania się z błędami. Trochę pokory, a trochę umiejętności rozwiązywania problemów.


Teraz pytanie trochę z tezą i trochę się powielimy, ale chciałabym, żeby to wybrzmiało. Czy uważa Pani, że doświadczenia wolontariackie podnoszą wartość na rynku pracy?


Tak, zdecydowanie tak. Po pierwsze budują nasze doświadczenia jako człowieka w społeczeństwie po prostu – to jest ten podstawowy, myślę, aspekt. Dzięki temu właśnie możemy stać się lepszymi pracownikami i pracownicami. Nabieramy doświadczenia, a nie dysponujemy tylko wiedzą teoretyczną. Wolontariat daje nam wiedzę praktyczną, takie know-how, które w praktyce dopiero trenujemy. W wolontariacie często podejmujemy zadania, które są dla nas nowe, a to dla pracodawcy jest ważne, żeby pracownik potrafił szybko dostosować się do sytuacji, próbował samodzielnie znaleźć rozwiązanie. Myślę, że wolontariat to ćwiczy i trenuje w nas. Bardziej pragmatycznie - po skończonym wolontariacie ktoś może poświadczyć o współpracy z nami w formie zaświadczenia o wolontariacie czy referencji. Nie da się ukryć, że moje doświadczenie wolontariackie miało bezpośrednie przełożenie na to, że dostałam pracę w MIK-u, więc tak, to po prostu działa.


Ma Pani jakieś rady dla licealistów?


Zachęcam do tego, żeby robić coś dla siebie, najlepiej we współpracy z innymi, bo to jest wzmacnianie swojego kapitału, a zarazem budowanie społecznych relacji. Zachęcam też, żeby robić coś czego się nie potrafi, bo to pozwoli nam się czegoś nauczyć i sprawdzić. Chyba w ogóle, żeby podejmować różne aktywności, bo pomijam to, że to może być po prostu dobra zabawa, ale może też się opłacić, w takim bardzo pozytywnym sensie. Warto też pamiętać jak ważna jest komunikacja i żeby się w tym ciągle ćwiczyć. To chyba tyle jeśli chodzi o rady cioci Izy.


To teraz pytanie, które zadajemy i mamy nadzieję zadawać naszym gościom. Jaką książkę ostatnio Pani przeczytała i czy jest jakaś książka, która miała na Panią szczególny wpływ?


Trochę śmiesznie się składa, bo była to książka „Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat” i faktycznie rozprawia się z tym, jak zły jest system edukacji, w którym funkcjonujemy w Polsce. Polecam tę książkę, ale osoby czytające ten tekst pewnie najlepiej z doświadczenia wiedzą, co i dlaczego nie działa. Z kolei, jeśli chodzi o to, jaka książka wywarła na mnie największe wrażenie, doszłam do wniosku, że nie była to książka a rozprawa. Trochę górnolotnie polecę (niecelowo!), ale była to rozprawa Maxa Schelera, którą miałam okazję przeczytać podczas studiów – „Stanowisko człowieka w kosmosie”. Rozprawa antropologiczna, która zmieniła moje rozumienie człowieka i jego stanowiska, uświadomiła mi, że nie jesteśmy koroną stworzenia w takim sensie w jakim nam się to wydaje. To było coś do czego najczęściej wracam myślami.

Wróć